Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

"Urodzeni biegacze" Christopher McDougall



....czyli w poszukiwaniu siebie....


Jeszcze kilka lat temu regularnie biegałam. Pisałam już o tym wcześniej przy okazji książki Scotta Jurka. Nie było dla mnie problemem przebiegnięcie 10 km, lubiłam wstawać wcześniej i biegać po lesie... Niby ok, ale  bieganie dawało mi poczucie wolności, pomagało odstresować się i zapomnieć o całym świecie, pozwalało przekraczać woje granice. A potem coś się stało.... i przerodziłam się w kanapowca. Teraz zamiast wyjść pobiegać, czy zwyczajnie pójść na basen, wolę posiedzieć w domu i poczytać...  Ale w tym roku, tzn. w przyszłym, bo  uda mi się jeszcze zamieścić post w 2013, mam plan. Chcę wrócić do starej wagi, czyli mam 30 kg do zrzucenia, i oczywiście wrócić na ścieżki biegowe. Długo się zbieram, ponad rok, dużo też przetrzymałam ze strony "kochanych" koleżanek... Uśmiecham się i zaciskam zęby, ale komentarze w styl:  "nie zmieścisz się w sukienkę", albo "w życiu nie wrócisz do swojej wagi", czy "ty i bieganie, daj spokój i nie bądź śmieszna", wyprowadzają mnie z równowagi. Znam siebie zbyt dobrze i wiem, że takie opinie nie zmuszą mnie do pracy, nie zmotywują, bo nigdy nie robiłam nic dla kogoś, zawsze tylko i wyłącznie słuchała swojego wewnętrznego głosu. Od jakiegoś czasu zamilkł, albo jak wolicie, został zagłuszony. Zrzucałam winę na wiek, odpowiedzialność, dorosłość. Chciałam być spokojna, ułożona, szablonowa, być wreszcie taka, jaką chcieli mnie widzieć znajomi i ku ich uciesze "znormalnieć". Ale nie mogę już dłużej, dusze się w konwencjonalnym, poukładanym i przewidywalnym światku.... DOŚĆ! NIECH SOBIE MÓWIĄ, ZE TO DAMSKI ODPOWIEDNIK "KRYZYSU WIEKU ŚREDNIEGO", MAŁO MNIE TO JUŻ OBCHODZI! Ten nadchodzący rok mam zamiar poświecić na powrót do korzeni, na odnalezienie siebie, i na bycie wreszcie sobą. Zbyt długo tkwię w szarości, przewidywalności i pasywności.




Od  jakiegoś czasu nie daje mi spokoju jedna postać - Scott Jurek.






Ostatnio przeczytałam  książkę  "Urodzeni biegacze", gdzie praktycznie można o nim przeczytać na co drugiej stronie. Christopher McDougall opisuje w niej tajemnicze i mało znane plemnie Tarahumara, które zamieszkuje Miedziany Kanion. Czytałam jak zahipnotyzowana. 

"Odjechane gwiazdeczki pop przychodzą i odchodzą, ale plemię Tarahumara zdaje się istnieć od zawsze.Pozostawione samemu sobie w odludnym kanionie, plemię samotników rozwiązało bodaj każdy problem, z którym zetknął się człowiek. Nieważne, czy chodzi o umysł, ciało czy duszę - Taramumara wkładają 100% wysiłku w perfekcyjne opanowanie wybranego zagadnienia. W krainie Tarahumara nie było zbrodni, ani kradzieży, nie było wojen. Nie znano korupcji, otyłości, uzależnienia od narkotyków, chciwości, przemocy domowej, molestowania dzieci, chorób układu krążenia, nadciśnienia, emisji dwutlenku węgla. Tarahumara nie miewali cukrzycy, nie wpadali w depresję, nawet się nie starzeli. (...) Na dodatek, jak gdyby mało tego było, że Tarahumara to najżyczliwsi, najszczęśliwsi ludzie pod słońcem, są oni również najwytrwalszą społecznością na świecie (...) Przypuszczalnie od czasów antycznych Spartan nikomu nie udało się osiągnąć tak niebywałego poziomu sprawności fizycznej".


Tarahumara to Biegający Ludzie. Biegają na długie dystanse od wczesnego dzieciństwa....  dla zabawy, dla rozrywki, to ich zwyczajny sposób poruszania się. Znane są przypadki, kiedy Tarahumara biegają do 700 km jednorazowo. Biegają bez specjalistycznych butów, ubrań, żeli i sprzętu. Wystarczą im proste sandały i radość w duszy. Udowadniają, że człowiek jest stworzony do biegania. Tak zostaliśmy zaplanowani i taka była nasza naturalna skłonność, dziś zupełnie zagłuszona przez rozwój cywilizacyjny. Współcześnie wielu ludzi powraca do biegania, z rozmaitych powodów. Jedni dla zdrowia, inni dla figury, jeszcze inni dla odstresowania. Są jednak i tacy, którzy biegają dla... biegania, dla radości z tego płynącej, bo inaczej nie potrafią. Za tym idzie również zmiana stylu życia, powrót do pierwotnej równowagi, harmonii i prawdy życia. Tarahumara to tylko punkt wyjścia tej opowieści, potem są już tylko ludzie, którzy biegają. W ultramaratonie nie liczą się czasy, miejsca, ale wysiłek, przekraczanie własnych granic, za którymi niemożliwe staje się możliwe... To życie w zgodzie ze sobą i ze światem, często zupełnie obok chaosu komercyjno-konsumpcyjnego społeczeństwa. Dla mnie taką osobą jest np. Beata Pawlikowska. Jej historia pokazuje, że można być szczęśliwym tylko wtedy, gdy odnajdziemy siebie, a nie na warunkach, które dyktuje współczesny wyścig szczurów. Swoją drogę odnalazł też Scott Jurek - legenda w świecie ultramaratończyków. 














Caballo Blanco (Biały Koń)
"Urodzeni biegacze" to historia ludzi, dla których bieganie to sposób na życie, nie biznes, nie sport, ale radość i bycie z drugim człowiekiem. To też opowieść o Caballo Blanco, który mieszkając pośród Tarahumara, zorganizował jedyny w swoim rodzaju bieg na 50 mil przez Miedziany Kanion, na starcie którego co roku stają najlepsi ultramaratończycy i Tarahumara. W pierwszym takim biegu wystartował m.in. Scott Jurek i autor tej książki - Christopher McDougall.  Niedostępna trasa, wysoka temperatura, bieg bez mapy, mordercze tempo, brak wody.... Można pomyśleć, że zwariowali, ale w tym szaleństwie jest sposób na życie. To bieg po siebie, wtedy można poznać i zrozumieć, kim jestem i co jest dla mnie najważniejsze. Wyścig? Dystans? Czas? A może drugi człowiek i radość chwili, poczucie jedności ze sobą, światem? Równowaga między ciałem, umysłem i pragnieniem bycia, bez względu na wszystko?





Scott i Arnulfo

"To był niesamowity widok: Arnulfo i Scott biegnący ramię w ramie. Scott nigdy przedtem nie widział żadnego Tarahumara, a Arnulfo w życiu nie miał kontaktu z zewnętrznym światem, a jednak w jakiś niebywały sposób tych dwóch ludzi, których dzieliło dwa tysiące lat odmiennej kultury, wypracowało identyczny styl biegania. (...) Scott znalazł prostszą metodę: łatwo jest wyjść poza granice własnego ciała, jeżeli tylko myśli się o drugim człowieku. (...) Arnulfo nie miał zmierzyć się jedynie z szybkim Amerykaninem, o nie! Miał oto stanąć do wyścigu z jedynym na świecie Tarahumarą dwudziestego pierwszego wieku. (...) Arnulfo nadal prowadził. Silvino biegł na drugim miejscu, ale Scott zbliżał się do niego bardzo szybko. Kiedy do linii mety pozostało zaledwie półtora kilometra, Scott prześcignął Silvina, ale zamiast wyminąć go i pognać dalej jak burza, klepnął go w plecy, machnął ręka i krzyknął: Dawaj, dalej! Zaskoczony Silvino zdołał wykrzesać z siebie jeszcze trochę sił i dopasował się do tempa Scotta. Obydwaj zaatakowali pozycję Arnulfa".



No tak, świat może być fascynujący. Gdy tak sobie siedziałam w moim M1/2 i czytałam, przyszło mi do głowy, że życie to coś więcej niż wyścig szczurów, konwenanse, poprawność polityczna i uśmiechanie się do wszystkich. Przypomniały mi się czasy, przecież nie tak odległe, kiedy potrafiłam mieć własne zdanie i walczyłam o nie, bez względu na opinię innych. Poczułam znów to przyjemne wrażenie, że moja przyszłość zależy tylko ode mnie, a nie od inflacji, funduszu emerytalnego i tego, czy księgowa zapisała mnie do właściwego urzędu. Mojego życia nie można zamknąć w 12 godzinnym dniu pracy, oczywiście przy opinii społecznej, ze pracuje 3 godz, a resztę żyje na koszt państwa. Praca to nie wszystko, czas odnaleźć siebie, wrócić do tej równowagi sprzed lat, iść do przodu, rozwijać się, walczyć i być sobą...




"To takie proste (...) Wystarczy poruszać nogami. Jeżeli uważasz, że nie urodziłeś się po to, żeby biegać, wtedy wypierasz się nie tylko całej historii ludzkości, lecz także tego, kim jesteś. (...)"



Anna M.
P.S. Powrót do biegania będzie długi i trudny, ale ... nie widzę innego wyjścia...



"Jedz i biegaj" Scott Jurek




autor: Scott Jurek

tytuł: "Jedz i biegaj. Niezwykła podróż do świata ultramaratonów i zdrowego odżywiania"

tytuł oryginału: Eat and Run

wydawnictwo: Galaktyka
data wydania:   19 września 2012
liczba stron: 288

moja ocena: 6+ / 6






Muszę się do czegoś przyznać, chociaż widać to jak na dłoni... Czytam ostatnio sporo o bieganiu i coraz bardziej tęsknie za bieganiem. Zaczęłam nawet chodzić do szkoły w moich ukochanych butach do biegania... Muszę jednak schudnąć jakieś 10 kg, żeby wiosną wyjść do lasu i w miarę bezpiecznie pobiec. Nie poddaję się... 


Kolejną książką motywującą mnie do zmiany i powrotu do dawnego stylu życia jest "Jedz i biegaj" Scotta Jurka. I tu znów nie chodzi o samą książkę, ale o jej autora. 



 



Ta książka, wbrew pozorom, wcale nie jest o bieganiu. Oczywiście Scott opisuje kolejne występy, biegi, mordercze dystanse, ale linią przewodnią jest poszukiwanie równowagi w życiu, znalezienie szczęścia i spokoju. Scott osiągnął chyba wszystko, o czym ultramaratończy marzy. 100 mil? Żaden problem. Bieg 24-godzinny? Nie ma sprawy. Dotarł tam, gdzie ból i wyczerpanie graniczą ze śmiercią. Ale po przekroczeniu tego, co pozornie nieprzekraczalne, odnalazł siebie. Dopiero po 100, 150, czy 200 km, po wymiotowaniu ze męczenia podczas biegu, po halucynacjach w Dolinie Śmierci przy temp sięgającej 47 stopni, można usłyszeć siebie, przekroczyć siebie i ... pobiec dalej. 


"Próbując znaleźć motywacje, skupiamy się na czymś istniejącym poza nami, a tymczasem powinniśmy pamiętać, że radość i spokój może nam przynieść nie sama nagroda, lecz walka o nią. Życie (...) to podróż, a nie cel."


Zadziwiające, że każdy "wielki" autorytet (w jakiejś dziedzinie) podkreśla, że mamy się całkowicie zanurzyć w teraźniejszości, smakować ją i żyć codziennością. Nie szukać wielkich rzeczy, ale iść, biec, walczyć, starać się tu i teraz odnaleźć sens tego, co robimy. 


"Poruszamy się do przodu, ale zostajemy w teraźniejszości"


Wyniki, nagrody i rekordy nie są najważniejsze. Scott zrozumiał to po latach... Swoją droga ciekawe, że poznanie zagadki życia zajmuje tyle czasu. Z drugiej strony chyba właśnie na tym polega życie - na .. życiu... Scott zrozumiał to biegając ultramaratony, inni odnajdują siebie podróżując, jeszcze inni, jak ja - nadal szukają. Ostatnio jednak wydaje mi się, że już prawie widzę swoje prawdziwe oblicze... i nie chodzi tu o lusterko ;)  Scott wierzy w to, że zmianie musi ulec każdy element naszego życia - umysł, ciało, dieta, sposób spędzania czasu, marzenia, cele. Trzeba się zastanowić, co nas blokuje i odrzucić to. Ale uwaga! To nie meta jest najważniejsza, ale radość biegu do niej.



"Ale można się zmienić. Nie z dnia na dzień. Z czasem. Życie to nie wyścig. Ultramaraton to też nie wyścig, choć na taki wygląda. Nie ma mety. Dążymy do celu i to, czy go osiągniemy czy nie, jest wprawdzie ważne, ale nie najważniejsze. Ważne JAK będziemy do niego dążyli. Istotny jest krok, który stawiamy w tej chwili; liczy się ten krok, który TY w tej chwili stawiasz. Każdy z nas podąża inną drogą. Zdrowe jedzenie i swobodne bieganie pomogło mi odnaleźć mój sposób na życie. Może tez pomóc tobie. Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi cię droga"





Praca w szkole to ja ultramaraton, czasem dosłownie. Nie widać końca lekcji i pomimo zmęczenia na ósmej lekcji, dla dzieciaków zawsze trzeba być całym sobą. Nie da się udawać i zbyć ich marnym sloganem. Nie zawsze liczy się wynik, bo często najważniejsza jest atmosfera podczas lekcji, wspólna praca i poznawanie świata. Wczoraj odbyło się pierwsze spotkanie koła czytelniczego w naszej szkole. Przyszły trzy dziewczynki. Ktoś powie "tylko trzy"? A ja mówię: "świetnie, że przyszły wspaniale dziewczyny, które uwielbiają czytać! Mają po naście lat, a czytają więcej niż niejeden dorosły". Rozmawiałyśmy o naszych ulubionych książkach, autorach. Wymieniałyśmy się pomysłami, jak sprawić, żeby więcej osób przyszło na spotkania. Przyznaję, że muszę się jeszcze wiele nauczyć od moich szóstoklasistek. Zapisałam wszystkie tytuły książek, które je inspirują, odwiedziłam Empik i ... wieczorem otworzyłam jedną z poleconych książek, żeby poznać świat moich uczennic. Zatem kolejne recenzje będą zapewne w dużej mierze podyktowane chęcią "nadrobienia zaległości" z lat młodzieńczych... Miło będzie zanurzyć się w literaturę powiedzmy "młodzieżową"...


Zaczęłam czytać "Baśniobór" Brandona Mulla.  Nagle zapomniałam o wszystkim, co mnie tego dnia spotkało, o troskach i zmartwieniach, o których jeszcze godzinę wcześniej żaliłam się dzwoniąc do K.S. Jak ultramaratończyk, wyłączyłam umysł i zanurzyłam się w teraźniejszości. Wyłączyłam telefon, zrobiłam sobie kawę, przebrałam się w dres, otworzyłam okno, a gdy ostatnie smutki odpędził mroźny wieczór, wyjęłam tajną broń - kocyk od mamy... Włączyłam IL DIVO i zapomniałam o przeszłości i przyszłości. Fascynujące! A potem, nawet nie wiem, o której...spokojnie zasnęłam...




Anna M.



A...... Scott Jurek pisze też sporo o diecie opartej na warzywach. Zainspirowana jego pomysłami zrobiłam sobie na kolację gotowane na parze warzywa z łososiem i sosem jogurtowym. A na obiad zabrałam ze sobą do szkoły pyszną zupę z dyni :) I co najważniejsze - od tygodnia zero czekolady :) Ależ jestem z siebie dumna!





















oficjalna strona Scotta Jurka

eioba





"Ukryta siła" Rich Roll



autor: Rich Roll

tytuł: "Ukryta siła. Jak stałem się jednym z najbardziej sprawnych ludzi na świecie i odnalazłem siebie"


tytuł oryginału: Finding ultra

wydawnictwo: Galaktyka
data wydania:   14 sierpnia 2013
liczba stron: 224

moja ocena: 6+ / 6







Czytam ostatnio książki o bieganiu... Ale nie chodzi o samo bieganie, a raczej o historię życia autorów... Rich Roll jest jednym z tych ludzi, którzy mnie zainspirowali do zmian we własnym życiu... Dlaczego wcześniej nic się nie działo? Ano działo się, ale presja społeczeństwa i brak zrozumienia u znajomych spowodowały, że zeszłam z obranej drogi... Ale nie tym razem :)


Rich pisze:

"Życie to długi, skomplikowany marsz. Przemierzyłem bardzo różne drogi, niektóre kręte, niektóre jasne i proste, niektóre ciemne i wstydliwe. Jest to opowieść o facecie, który zbudził się pewnego ranka i stwierdził, że od zbyt wielu lat idzie tą samą wydeptaną ścieżką. Wszyscy na niej byliśmy. I aż nazbyt wielu z nas nie widzi możliwości zejścia z niej, a co dopiero mówić o jakiejś nowej trasie, na której byśmy bardziej się spełniali jako osoby. Mnie się udało. Dzięki temu, iż otworzyłem serce, zawierzyłem, że nie sprowadzi mnie na manowce, i byłem gotów iść za jego wskazaniami, zobaczyłem, jak moje życie odmienia się pod każdym względem. Gdy przyszło się zmagać z niemożliwymi na pozór do pokonania przeszkodami, ból stawał się tak wielki, iż jedynym ukojeniem było całkowite się w nim pogrążenie. Tam jednak, gdzie przeszkody, tam możliwość wzrastania, bez wzrostu zaś nie ma życia. Dlatego też dopracowałem się takiej mantry:<<Rób to, co kochasz, kochaj tych, na których ci zależy, i to, na czym ci zależy, służ pomocą innym i pilnuj, byś zawsze wiedział, że jesteś na właściwej drodze.>>

Także i na ciebie czeka nowa droga. Trzeba się tylko za nią rozejrzeć, a potem - zrobić pierwszy  krok. Na początek wystarczy powstać i wytrwać, a ten pierwszy krok stanie się gigantyczny. I wtedy pokarzesz, kim naprawdę jesteś"


I jak tu nie słuchać takich ludzi... Zapewniam, że nie są to puste słowa. Rich Roll prócz tego, że jest genialnym biegaczem (ukończył np. pięć dystansów Iromana na pięciu wyspach na Hawajach w siedem kolejnych dni!) jest też człowiekiem, który pewnego dni zobaczył, jak bezwartościowe życie prowadzi i postanowił to zmienić.  Swoją drogę rozpoczął od odrzucenia alkoholu i narkotyków, przeszedł terapię dla AA i program 12 kroków, potem zmienił sposób odżywiania i zrzucił pond 25 kg nadwagi. Zaczął biegać i po jakimś czasie wziął udział w zawodach Ultramana... Zmienił sposób myślenia o sobie i o świecie i dopiero wtedy zmieniło się jego życie... 






Nie popieram diety wegańskiej, nawet nie wyobrażam sobie bycia wegetarianką... ale jedzenie większej ilości warzyw i owoców jest jak najbardziej po mojej myśli.... Unikanie wszelkiej żywności przetworzonej i wprowadzenie większej ilości ruchu to mój plan na najbliższe miesiące...



Zobaczymy, co z tego wyjdzie...
Anna M.   


"Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" Nick Vujicic





autor: Nick Vujicic

tytuł: "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!"

tytuł oryginału: Life Without Limits


wydawnictwo: Aetos
data wydania:   2012
liczba stron: 288

moja ocena: 6! / 6




 "Nick Vujicic cierpi na fokomelię – rzadkie schorzenie objawiające się brakiem kończyn. Jednak ten niezwykły młody człowiek pokonał niewyobrażalne ograniczenia wynikające z jego niepełnosprawności. Dziś prowadzi aktywne życie, podróżuje po całym świecie i występuje jako mówca motywacyjny, niosąc nadzieję i inspirację milionom ludzi. Nick angażuje się w działalność charytatywną, a równolegle kieruje własną firmą, prowadzi szkolenia biznesowe, przemawia na międzynarodowych konferencjach i spotyka się z głowami państw".



Jest mi wstyd.... Wstydzę się tego, że często narzekam, że los jest niesprawiedliwy, że jest za ciężko, że inni mają lepiej. Świat wygląda jednak zupełnie inaczej niż podpowiada nam nasza samolubna natura... Książkę Nicka Vujicica zaczęłam czytać kilka dni temu i ...  wróciłam do "pionu". Czasem trzeba zderzyć się z rozpędzonym pociągiem, aby zauważyć, jak piękne jest życie. Dla mnie takim pociągiem jest właśnie historia Nicka. Wyrwałam się z marazmu i narzekania. Podczas lektury zaznaczyłam kluczowe fragmenty i teraz planuję do nich wrócić. Myślę, że książka "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń" będzie mi towarzyszyła w moim życiu. Nick stał się moim przyjacielem, choć nie wie o moim istnieniu. Czuję, że zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny, udzielał mi rad, których niestety wcześniej nie słuchałam uznając, sama sobie poradzę. W moim pamiętniku zapisałam:  "wiem, jak żyć, ale tak nie żyję"... Dlaczego? Lenistwo, obawa, że będę śmieszna, lęk przed opinią innych. Nick, podobnie jak Beata Pawlikowska, odnalazł drogę do szczęścia. Choć to zupełnie inny szklak, bo prowadzi przez wiarę, cel jednak pozostaje ten sam -życie bez ograniczeń narzuconych przez strach...  Możemy siedzieć z założonymi rękami i tupać nóżkami, jak małe dziecko. Tymczasem człowiek bez rąk i nóg pokazuje, co zrobić, by zacząć żyć bez ograniczeń. Dla mnie to książka o odrzuceniu lęków chorej duszy! To książka o pozbyciu się krępujących nas więzów, stereotypów i odcięciu się od paraliżującej działanie opinii innych osób. 







Piątek...
Zostałam sama w domu na cały weekend, pierwszy wolny od wielu tygodni. Cieszyłam się tym bardziej, że ostatni tydzień był bardzo ciężki. Miałam lekcje od 8.00 do 15.20 praktycznie bez przerw, bo zdecydowaną większość godzin mam w klasach 0-3. Początkowo byłam zagubiona, zła, co prawda dumna z moich maluszków, zadowolona z rozmów z rodzicami pierwszaków podczas wywiadówek, ale i bardzo zmęczona. Powoli opracowałam technikę wklejania komunikatów maluchom (w ilościach hurtowych), a także udoskonaliłam strategię odprowadzania dzieci do rodziców i przeprowadzania maluchów z klasy do klasy. Po tygodniu poznawania talentów dzieci, niekoniecznie do nauki, w piątek czekało mnie jeszcze spotkanie z Księdzem Arcybiskupem. Po ostatniej lekcji dosłownie "wyskoczyłam" z jeansów i t-shirtu i wbiłam się w coraz ciaśniejszy (doprawdy nie wiem dlaczego) kostium, elegancką koszulę i stawiłam się na spotkaniu katechetów w ramach wizytacji naszej parafii. Potem jeszcze spotkanie z kolegą, kawa i niestety duża ilość czekoladek, a wieczorem zasnęłam przy komputerze (miałam napisać plany wynikowe). Potrzebuję czasu dla siebie... Nadszedł upragniony weekend, znajomi postanowili wykorzystać chyba ostatnie słoneczne dni i wyjechali nad morze, więc wyłączyłam telefon i ponownie czytam książkę Nicka Vujicica.


Kupiłam też książkę Chrissie Wellington "Bez ograniczeń. Historia najtwardszej kobiety na świecie". Rozwijam się... kolejny krok przede mną... żeby potem nikt nie mówił, że nie jestem asertywna, zbyt emocjonalnie podchodzę do wszystkiego i daje się wykorzystywać innym...




Sobotni poranek...
kawa, sałatka owocowa, książka i ja....

Anna M.

 Jeśli zainteresował Cię mój tekst, pozostaw swój komentarz, podziel się tym, co w Tobie obudził. Wspólnie możemy tworzyć świat, rozmawiać i poznawać siebie... Nie znikaj bez śladu... :)






LINKI

eioba

"Blondynka w Londynie" Beata Pawlikowska




autor: Beata Pawlikowska

tytuł: "Blondynka w Londynie"


wydawnictwo: G+J Książki
data wydania:   19 czerwca 2013
liczba stron: 200

moja ocena: 6 / 6







Beata nigdy mnie nie rozczarowuje. Ona mnie inspiruje.... Mogłabym czytać jej książki, blog i żółte karteczki codziennie, i przyznam się bez bicia, że to robię. Czytam, czytam i zastanawiam się, jak to wszystko, o czym pisze Beata, zrealizować. Wiele razy wspominałam, że filozofia Beaty inspiruje mnie do zmian we własnym życiu. Dlaczego? Czytałam już wiele poradników, słuchałam spikerów motywacyjnych i zastanawiałam się, ile zarabiają na nabieraniu ludzi. Przecież każdy może napisać kilka sloganów i je opublikować. Ale Beata jest autentyczna, ona pisze, bo sama to wszystko przeżyła, sama znalazła drogę do szczęścia, opracowała własny system autoterapii, poszukała siebie i nauczyła się siebie kochać i akceptować. Zajęło jej to 20 lat. Książka jest tego świadectwem.

"Dwadzieścia lat temu pracowałam w Londynie (nielegalnie) jako sprzątaczka w hotelu. Dwadzieścia lat później wracam do Londynu na specjalne zaproszenie Komitetu Igrzysk Olimpijskich"


Zazdroszczę jej czasami... Ma wszystko, o czym marzyła, pisze i wydaje książki, podróżuje, pokonała swoje ograniczenia, pogodziła się z przeszłością, wyleczyła się z anoreksji, bulimii i innych uzależnień. Jest silną i piękną kobietą, jest niezależna, wie, czego chce i jednocześnie potrafi osiągnąć zamierzone cele. Jest szczęśliwa, mimo, że na forach internetowych nie piszą o niej pochlebnie. Nie przejmuje się opinią innych ludzi, a ich akceptacja lub jej brak nie mają wpływu na jej samoocenę. 


Przeczytałam wszystkie jej książki, przestudiowałam po kilka razy każde zdanie, próbowałam zrozumieć, jaki jest klucz do szczęścia i gdzie znaleźć drzwi, które otwiera?  Zapewne się powtarzam, ale nie raz tylko na tej "zazdrości" się kończyło, no może jeszcze zrobiłam plan "naprawy" swojego życia i na tym również koniec. Myślę, że potrzeba dużej odwagi i determinacji, aby uwierzyć w siebie i zaufać sobie. Beacie zajęło to 20 lat... 


Wczoraj kończąc czytać jej książkę zadałam sobie wiele pytań, często jeszcze bez odpowiedzi.... Czy zatem warto się starać, by odnaleźć drogę? Ile jeszcze razy muszę schudnąć, by zaakceptować siebie? Ile razy się zakochać nie w tym facecie, by ten właściwy mnie pokochał? Ile razy muszę się rozchorować na zapalenie oskrzeli, żeby następnym razem z katarem odwiedzić lekarza? Czy warto tak długo szukać szczęścia? 20 lat to kawał czasu... 

 Beata pisze: 
"Tym właśnie zajmowałam się przez te dwadzieścia lat. Przyznawaniem się do prawdy przed samą sobą. Szukaniem własnej drogi, a potem uczeniem się życia na nowo. Teraz wracam jako zupełnie inna osoba. Teraz jestem tym wszystkim, kim wtedy chciałam być. Zaprzyjaźniona ze sobą i szczęśliwa".

Ja szukam już 13 lat  i każdego dnia jestem coraz bardziej szczęśliwa, coraz bardziej radosna i coraz częściej już wiem, czego chcę... Częściowo dzięki Beacie... Nie jest to droga usłana różami, czasem się mylę, czasem nawet spektakularnie... ale potem "wracam na kurs"... Beata już zawsze będzie moją najlepszą przyjaciółką a jej książki będą dodawały mi otuchy... 



Anna M.


"Nie muszę zgadzać się na bierne życie po szerokiej wytyczonej drodze. Mogę stworzyć własny świat. Znaleźć własną ścieżkę.
Ciężko pracuj.
Bądź uczciwy.
Podążaj za swoją pasją.
Odważnie buduj swoje marzenia. 
Nie szukaj tanich i szybkich rozwiązań. Szukaj skutecznych. 

To kim jesteś, zależy od ciebie.
Nie szukaj ludzi ani miejsc, które nadadzą ci sens. 
Swój sens musisz znaleźć w sobie"
                                                                             Beata Pawlikowska




mój tekst znajdziesz również na CZYTADELA - PROFESJONALNE RECENZJE KSIĄŻEK !





"Dzika droga. Jak odnalazłam siebie" Cheryl Strayed




autor:

tytuł oryginału: Wild: From Lost to Found on the Pacific Crest Trail
 
wydawnictwo: Znak
data wydania polskiego: 17 czerwca 2013
liczba stron: 512
moja ocena:  / 6






 
Mogłabym godzinami streszczać książkę, ale postanowiłam w tej kwestii oddać głos autorce... a napisać o emocjach i uczuciach, które we mnie wywołała, o marzeniach i lekach, moim małym świecie, którym wstrząsnęła...






Przeglądając stronę internetową Znaku natrafiłam na książkę Cheryl zupełnie przypadkowo. Zanim kliknęłam "czytaj więcej", zaintrygował mnie sam tytuł, no bo przecież ja od 32 lat nie robię niczego poza szukaniem siebie (zawsze z marnym skutkiem - chwilowo osiągam sukcesy)... Moją uwagę zwróciła tez notka:

"Gdy grzeczne dziewczynki zaczytywały się
w Jedz, módl się, kochaj
Cheryl naprawdę postanowiła coś zmienić".

Przyznaję - czytałam opowieść o drodze przez PCT z zapartym tchem. Jest to szczera i prosta opowieść o kobiecie, która postawiła wszystko na jedną kartę i samotnie ruszyła w drogę liczącą kilka tysięcy kilometrów. Trzy miesiące wśród dzikiej przyrody, w górach, na stepie, z plecakiem, spotykając przypadkowych wędrowców - to zdecydowanie dobry czas na zgubienie problemów cywilizacji, a odnalezienie prawdziwego ja. Przypomina mi to serię książek Beaty Pawlikowskiej... i budzi tą samą zazdrość, ale i nadzieję, że skoro tylu osobom udało się znaleźć odpowiedzi na kluczowe pytania, to być może te odpowiedzi rzeczywiście istnieją...  Potrzeba tylko trochę odwagi!


"Był to układ, który zawarłam sama ze sobą wiele miesięcy wcześniej, i jedyna rzecz, która pozwalała mi samotnie podróżować. Wiedziałam, ze jeśli pozwolę, by opanował mnie strach, moja podróż będzie skazana na porażkę. Strach w znacznym stopniu rodzi się z tego, co sami sobie wmówimy. Postanowiłam zatem wmówić sobie coś innego, niż zwykle opowiada się kobietom. Zdecydowałam, że jestem bezpieczna. Jestem silna. Jestem dzielna. Nic mnie nie pokona".


Ten cytat przyczepiłam sobie nad biurkiem. Ma siłę - przypomina mi, że tak na prawdę nikt nas nie zna i nie ma prawa oceniać. Sami kreujemy naszą przyszłość, to my decydujemy, czy paraliżuje nas wyimaginowany strach, bo tak nam wmawiano, czy też wstajemy i idziemy dalej, w nasze życie,  wierząc w wewnętrzną siłę. Trzeba uwolnić się od stereotypowego myślenia, wyłączyć na chwilę telewizor, zostawić w domu telefon, odwołać spotkania ze znajomymi, potem zwyczajnie "wyjść", "odejść na bok" i posłuchać siebie. Nie musi to być wielka wyprawa, czasem wystarczy krótki spacer, chwila w wannie, kawa, czy spokojne spędzenie czasu na z pozoru błahych sprawach. Ale potrzebna jest odrobina samotności, tej zewnętrznej i tej wewnętrznej. Bo jaki mamy wybór stojąc na rozdrożu?

"Były tylko dwa wyjścia, właściwie takie same. Mogłam wrócić tam skąd przyszłam, lub iść, dokąd zamierzałam dojść"

"Musiałam zaryzykować i pójść tam, gdzie jeszcze nie byłam"

Jak już pisałam, żeby znaleźć i usłyszeć siebie potrzebna jest samotność. Dziś trudno o nią, bo prawie nigdy nie jesteśmy zupełnie sami, a już na pewno nie na długo. Cywilizacja, tempo życia, wyścig szczurów, pogoń za pieniędzmi - to dzisiejsze realia życia.Szybko można wpaść w pułapkę...

"Samotność zawsze wydawał mi się realnym miejscem, jakby nie był to stan ducha, tylko pomieszczenie, w którym mogłam się skryć i być tam sobą. Radykalna samotność PCT zmieniła to odczucie. Samotność nie była już pomieszczeniem, lecz całym światem. Teraz byłam samotna w tym świecie (...)"

 "To w pustce rodzą się różne rzeczy, tam się zaczynają. Pomyśl tylko o tym, jak czarne dziury chłoną energię, a potem dają jej upust w nowej, ożywionej formie"

Czytając książkę Cheryl Strayed jeszcze raz upewniłam się, że warto wybrać się w drogę, by poszukać prawdziwej siebie. Odejść na chwilę od tego wszystkiego, czym żyją inni, aby usłyszeć własne wnętrze, zmierzyć się ze sobą, z przeszłością i przyszłością, oswoić lęki i znaleźć odwagę. Ta droga wiedzie nas przez pustynie i góry, często brak nam sił, umieramy z pragnienia, powoli rozstajemy się z dotąd niezbędnymi rzeczami - pogonią za newsami, TV, internetem, telefonem, a potem ... nareszcie dostrzegamy ludzi, którzy bezinteresownie nam pomagają, sami pomagamy, i... idziemy dalej - krok za krokiem, każdego dnia na nowo, przed siebie. Droga w głąb siebie uczy pokory i szacunku, można zdystansować się od tego, co na co dzień zaprząta nam głowę i sprawia, że nie widzimy rzeczy istotnych.  Ja pisałam we wstępie - książka wstrząsnęła moim małym światem. W wirze codziennych wydarzeń zapomniałam, że najważniejsza jest wewnętrzna równowaga, spokój i chwile dla siebie. Nie warto brać udział w wyścigu po pieniądze, sławę czy uznanie, warto robić to, co daje nam radość i spełnienie. Czasem trzeba odejść na pustynię, zrobić coś szalonego, nawet, gdy znajomi przekonują nas, ze popełniamy błąd, bo nie żyjemy jak "wszyscy inni".


Warto być sobą i iść własną drogą!!!



Cheryl Strayed podczas wyprawy (www.cherylstrayed.com)


"Choć niepewnie podążałam naprzód, czułam, ze robię słusznie, jakby sam wysiłek coś oznaczał. że być może przebywanie pośród nienaruszonego piękna dzikiej krainy oznaczało, że ja też mogę powrócić do stanu czystości, bez względu na to, co straciłam i co mi odebrano. Bez względu na to, co zrobiłam innym czy sobie, a także na to, co niestety mnie wyrządzono".




LINKI


Anna M.
eioba

"Podróżuj, módl się i kochaj" Beata Pawlikowska









tytuł: "Podróżuj, módl się i kochaj"
autorka: Beata Pawlikowska
wydawnictwo: G+J RBA Sp. z o.o. &Co. Spółka Komandytowa
data wydania: 27 września 2012

liczba stron: 96
moja ocena 6/6




 Modlę się często, staram się kochać świat i siebie i innych (tu trudniej), a podróż? No cóż - życie :) Zatem wzięłam do ręki książkę Beaty Pawlikowskiej i miło spędziłam czas. Maleńka książeczka, ale jak zwykle wiele mądrości...

"Zawsze warto szukać kogoś mądrzejszego od siebie, żeby dowiedzieć się czegoś nowego. Nawet gdyby miała to być prawda trudna lub niewygodna - moim zdaniem lepiej ją znać, bo tylko wtedy można sobie z nią poradzić i zamienić ją w coś, co przestanie być destrukcyjną iluzją, a zacznie być wartościowe i konstruktywne".

Spotkanie z szamanem Ketutem na Bali, cudowny świat Indonezji i mądrość płynąca z własnego wnętrza to tylko kilka z atutów tej opowieści. Nawet Julia Roberts w filmie "Jedz, módl się i kochaj" była bezsilna wobec potęgi prawdy o sobie i poznawania siebie. Moim zdaniem książka Pawlikowskiej jest świadectwem spotkania szamana Ketuta z szamanką Beatą. Nic więcej nie trzeba dodawać. Wystarczy zrozumieć...Czy na pewno?
"Może tak ma być - powiedziałam do siebie. - Nie muszę wszystkiego rozumieć. Czasem może wystarczy zaufać i nie burzyć w sobie spokoju wątpliwościami".


Moje życie zbyt często wyglądało jak jedna wielka wątpliwość. Szamanka uczy, aby odnaleźć spokój w sobie, wyciszyć wnętrze i odkryć na nowo głos płynący z wnętrza, z najbardziej mojego "ja".  Zaufać?... Sobie? Mont Everest pracy nad sobą - zaufanie sobie samej. Wierzymy telewizji, reklamom, przyjaciółce, nawet sąsiadce, ale sobie? Nie! A dlaczego nie? Przecież tylko ja wiem, jaka jestem naprawdę! Nikt inny! Tylko ja mogę się zaopiekować sobą, pokochać siebie i być swoim najlepszym przyjacielem. Jeśli  sama sobie tego nie dam, próżno będę szukała miłości i zrozumienia u innych. Serce wie gdzie leży szczęście. Bóg opiekuje się nami i prowadzi nas przez życie. Prawda może nas uratować. PRAWDA O SOBIE...

"Nie lubię takich super eleganckich lokali, bo wyczuwam w tym zawsze pewien fałsz. Ludzie, którzy spotykają się tu przy stolikach, noszą drogie zegarki i biżuterię, są ubrani w staranne garnitury i suknie, umalowani i przygotowani. Na pewno nie wyglądają tak po wstaniu z łóżka ani po dniu ciężkiej pracy. Mają widać potrzebę tworzenia iluzji, że jest się lepszym, piękniejszym i doskonalszym niż w rzeczywistości. Ale wystarczy przecież spojrzeć w lustro  po zmyciu makijażu. I znów będą tylko sobą. Nie, nie mam nic przeciwko  stosowaniu makijażu i pięknym sukniom. Sama robię to od czasu do czasu przy specjalnej okazji, ale nie chciałabym musieć robić to codziennie. Lubię być sobą".

 A kim ja jestem? Kogo widzę rano w lustrze? Czy uciekam przed samą sobą, a nawet przed swoim odbiciem? Czy poznaję jeszcze siebie? Ile mam na sobie niepotrzebnych świecidełek, gadżetów, pięknych słów i wyuczonych gestów? Czy znam jeszcze prawdziwą siebie, czy potrafię ją odszukać i jak to zrobić?

"Sens pewnych spraw gubi się w ich opisie. Kiedy Europejczycy zaczynają definiować coś, co wcześniej było im nieznane, używają ograniczonej liczby pojęć. Kiedy widza chudego derwisza siedzącego w pyle drogi, mówią "Niedożywiony biedak". Gdyby mogli usłyszeć jego myśli i wejrzeć mu do serca, zamilkliby ze zdumienia, bo zobaczyliby tam nieznany sobie kosmos, w którym zawiera się wolność, spokój, brak oczekiwania i radość, która nie karmi się zdobywaniem, lecz posiadaniem niczego. (...) Europejczyk przez całe życie ocenia, wydaje osądy i klasyfikuje. Zostaje mu niewiele czasu na przeżywanie własnego życia, ale chyba właśnie o to chodzi, bo dawno już zapomniał kim jest i co jest naprawdę ważne. Tworzy więc pozornie ważne fakty i sprawy, które zajmują mu czas i umysł, dzięki czemu nie będzie słyszał własnej wewnętrznej pustki. tej pustki, która powstała po zagubieniu najprostszych prawd - choćby takich, że w życiu trzeba się zawsze kierować dobrem i uczciwością".




Zatem "Podróżuj, módl się i kochaj" :)

Anna M.

"Odmieniłeś moje życie" Abdel Sellou


tytuł: Odmieniłeś moje życie
autor: Abdel Sellou
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 26 czerwca 2012
tytuł oryginału: Tu as changé ma vie…
ilość stron: 288

moja ocena: 6/6


                   Film "Nietykalni" widziałam w zeszłym roku. Historia sparaliżowanego Philippe’a Pozzo di Borgio wywarła na mnie duże wrażenie. Zwłaszcza, że w dzisiejszym świecie kult młodości, sprawności i niezależności sprawia, że ludzie chorzy są na marginesie życia. Pracowałam kiedyś w hospicjum i jedno z wielu doświadczeń jakie wyniosłam z tego miejsca, jest normalność, której chorzy potrzebują. Pamiętam, że życie za murem szpitala toczy się zwykłym rytmem. Do moich obowiązków, poza sprzątaniem sal i karmieniem pacjentów, należało również spełnianie "życzeń" przebywających tam chorych. Nauczyłam się nieodkładania na później niczego, bo później mogło już nie nastąpić. Chorzy bardzo cierpieli, ale chcieli ostatnie dni życia spędzić w miarę normalnie. A życzenia były prze najróżniejsze: jeden pan poprosił o .. piwo, bo rodzina uważała, że może mu zaszkodzić, jakby na kilka dni przed śmiercią mogło mu jeszcze coś zaszkodzić... Jedna pani chciała mieć ufarbowane włosy na pogrzebie, więc zrobiłyśmy jej szałową rudą fryzurkę. Bardzo jej się podobał nowy wygląd i cieszyła się. Dla małej dziewczynki przemycałyśmy przez kilka dni psa...  


 


Ale wracając do książki - jej bohaterem prócz Philippe’a Pozzo jest młody algierski imigrant -Abdel Sellou. Tu zaczyna się historia przyjaźni wykluczonych ze społeczeństwa ludzi. Abdel należy do świata ludzi, których społeczeństwo nie akceptuje, bo... ma inny kolor skóry, inną religię wyznaje, nie ma wykształcenia, nie ma pieniędzy. Jest postrzegany przez pryzmat swojego pochodzenia i nie ma możliwości pokazania swojej wartości. Jego godność zostaje podeptana przez ludzi z tzw. dobrych domów. Ale wystarczy pomocna dłoń  i zaufanie ze strony  Philippe’a, aby Abdel okazał i dał w zamian miłość, współczucie i to, co mamy najcenniejszego - nasze człowieczeństwo. Philippe i Abdel potrzebują siebie nawzajem, aby być szczęśliwymi ludźmi, wbrew chorobie, biedzie, wbrew innym, wbrew priorytetom tego świata. Można mieć pieniądze i być nieszczęśliwym, bo zabraknie zdrowia. Można wreszcie nie mieć nic, ale być najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, bo bogactwo kryje się we wnętrzu. Tylko czasem ten świat i ludzie nie dostrzegają prawdziwego piękna człowieka. Nie potrafimy zobaczyć tego piękna w sobie, ani w innych, nie chcemy i nie umiemy dać go drugiemu człowiekowi. A często tak niewiele potrzeba - uśmiech w windzie, dobre słowo w tramwaju czy zwykłe "dzień dobry" w sklepie. A mimo to, wciąż są ludzie wykluczeni, niestety z naszej winy...

"Nigdy nie przejmowałem się tym, czy mam robotę, traktowałem ją z lekceważeniem i rzucałem, gdy tylko przyszła mi na to ochota. Tutaj nie miałem ustalonych godzin pracy, nie miałem prywatnego życia, nie widywałem się z moimi kumplami. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Dlaczego zostałem? Nie byłem bohaterem ani siostra miłosierdzia. Zostałem, bo przecież nie jesteśmy zwierzętami, tylko istotami ludzkimi..."

Tak często zapominam o tym... Jestem człowiekiem, i życie to coś więcej, niż suma rzeczy kupionych, niż ilość zjedzonych czekoladek, ani tym bardziej wielkość zarobków i powodów do przechwalania się i popisywania przed znajomymi. Życie to piękno każdej chwili, tu i teraz. Żyć pełnią tego, co w każdym momencie daje nam Bóg, los, czy świat...  Możemy mieć wiele rzeczy, ale być najbardziej nieszczęśliwymi i samotnymi osobami na ziemi. Możemy być wykluczeni, nietykalni i biedni, a mimo wszystko być pięknymi i wartościowymi ludźmi, którzy świadomie stawiają kolejne kroki w podroży zwanej życiem. Abdel jest takim człowiekiem. Jak mawia: "apetyt na życie pochodzi z serca". A ja jestem głodna życia, prawdziwego, prostego, zwyczajnego życia! Co mnie łączy z Abdelem? Na mojej drodze też spotkałam  prawdziwych ludzi, którzy niczym Philippe uczyli mnie prostoty istnienia. Teraz  potrafię to dostrzec, wtedy nie dosyć, że nie byłam tego świadoma, to nie mam już nawet okazji podziękować tym osobom, bo ich już nie ma. Abdel pisze:
"Taki byłem pewny siebie, tak w sobie zadufany, że nawet nie zauważyłem, że on stopniowo zmieniał mnie"

Każde spotkanie z drugim człowiekiem zmienia nas, oby na lepsze... To zależny od naszego serca, odwagi bycia sobą i miłości do wszystkiego, co można określić prostym słowem - ŻYCIE. Nic wielkiego, a jednaj największe zadanie na świecie - pozostać człowiekiem i żyć najpełniej, jak można... Mimo bólu, cierpienia, odrzucenia i niesprawiedliwości. Zwyczajnie żyć i być sobą!  Intouchables...



Anna M.


"O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" - Haruki Murakami

 "Ból jest nieunikniony. Cierpienie jest wyborem"  



   

tytuł: "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" 
autor: Haruki Murakami

wydawnictwo: MUZA
data wydania: 14 kwietnia 2010
tytuł oryginału: Hashiru koto-ni tsuite kataru toki-ni boku-no kataru koto
liczba stron: 192

moja ocena 5/6





   Bieganie jest wyborem, bieganie jest częścią nas. Co sprawia, że człowiek budzi się o świcie, zakłada buty, wychodzi z domu, biega, męczy się, wraca do domu, bierze prysznic i idzie do pracy? Większość z nas, gdy zadzwoni budzik, przestawia go na 10 minut drzemki, po czym leniwie człapie do łazienki. Ja niestety przez ostatnie kilka miesięcy należę do tej drugiej grupy, choć kiedyś biegałam nawet 10 km dziennie. Świetnie potrafię się usprawiedliwiać: druga praca, powrót do domu ok. 19.00, zmęczenie, jedzenie w biegu, spotkania ze znajomymi połączone z pysznymi deserami, zima, śnieg, brak czasu. I tak, nawet nie wiem kiedy i jak, przestałam nagle biegać... pływać, chodzić na siłownie.  Obudził się we mnie mały leniuszek: wieczory z książką i kawcią, muzyka, a rano odkładanie momentu wypełźnięcia z łóżka, aż będę na granicy spóźnienia do pracy. 
    Przeglądając blogi, natrafiłam na "Szelest stron" i recenzję książki: "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" -   Haruki Murakami. Przeczytałam ją i zatęskniłam za bieganiem. To swoistego rodzaju pamiętnik, rozliczenie się z czasem, który mija.  
    Haruki przygotowuje się do kolejnego maratonu, opisuje trening, zmaganie się ze sobą, z swoimi ograniczeniami i wiekiem. Wspomina początki swojej pasji biegania oraz moment, w którym zajął się pisaniem. Opowiada o triatlonie, niepowodzeniach i godzeniu się z coraz gorszymi wynikami. Czas mija... ale biegaczem jest się do końca - ono nadaje rytm i sens życiu. Dyscyplina pozawala na zachowanie fizycznej sprawności i chęci do życia. 



"Moja potrzeba samotności pozostała niezmienna. Z tego powodu ta godzina czy więcej, którą poświęcam na bieganie, pielęgnowanie pozbawionego słów czasu dla siebie, jest ważna dla utrzymania przeze mnie dobrego mentalnego samopoczucia. Kiedy biegnę, nie muszę z nikim rozmawiać ani nikogo słuchać. Jedyne, co muszę, to przyglądać się mijanej okolicy. Nie byłbym w stanie obejść się beż tej części dnia. (...) O czym dokładnie myślę, kiedy biegnę? Nie mam zielonego pojęcia. (...) Biegnąć, nic nie robię, tylko biegnę. Zasadniczo biegnę w pustce. Innymi słowy, biegnę po to, by osiągnąć pustkę".

    Dlaczego ja biegałam? Kochałam wstawać o świcie i biec wzdłuż rzeki lub w lesie. Zawsze wybierałam samotne miejsca. Obserwowałam budzące się słońce, walczyłam ze zmęczeniem, słuchałam swojego oddechu i powoli uwalniałam się od myśli, emocji i tego wszystkiego, co nazywam  codziennością. To był czas tylko dla mnie i tylko ze sobą się zmagałam. Zawsze więcej, zawsze dłużej i intensywniej. Cudowny czas i zmęczenie, które sprawiają, że żyjesz. Radość istnienia.


"Bieganie, na równie z trzema posiłkami dziennie, snem, sprzątaniem i pracą, weszło na stałe do mojego rozkładu dnia. Gdy stało się czymś naturalnym, przestałem się wstydzić, że biegam".

     Nie liczą się wyniki, statystyki czy dystans. Liczy się sama przyjemność z biegania. Jestem tylko ja i to, co mogę zrobić, to, na co mnie stać, to, kim jestem i kim chcę być. Na wszystko inne przyjdzie czas.  Życie staje się prostsze, spokojniejsze.  Każdy dzień staje się przygodą i wyzwaniem, aby bardziej poznać siebie i świat wokół nas. Tak, tęsknie za bieganiem! Koniec wspominania, koniec lenistwa. Wczoraj wyjęłam z szafy moje buty, idzie wiosna, będzie cieplej i .... wczesnym rankiem, nad Wartą,  znów będzie można samotnie pobiec ...  Kocham to!!!!




 "Ból jest nieunikniony. Cierpienie jest wyborem"


Anna M.

"Planeta Dobrych Myśli" Beata Pawlikowska

...cogito ergo sum...

Moja ulubiona autorka - Beata Pawlikowska!
 i jej nowa książka - "Planeta dobrych myśli".

Można przeczytać w godzinę, ale można też czytać całe życie. Ja wybieram opcje drugą :) plus wprowadzanie w życie rad p. Beaty :) (Oczywiście nie mogłam się powstrzymać, żeby nie przeczytać jej jednym tchem...). Dziś jeden losowo wybrany cytat:

"Świat może ci dać tylko to, co od ciebie dostaje
Wiem jak boli samotność i strach przed odrzuceniem
Wiem jak to jest kiedy myślisz,
że musisz żebrać o uwagę
kiedy pragniesz poczuć się akceptowana i lubiana
i szukasz u ludzi potwierdzenia swojej wartości

Ale odkryłam coś
najbardziej zdumiewającego na świecie
Im bardziej szukasz miłości u innych ludzi,
tym mniej jej dostajesz
Im bardziej pragniesz akceptacji innych,
tym mniej jej poczujesz
Im bardziej oczekujesz, że inni zmienią twoje samopoczucie,
tym bardziej będziesz w rozpaczy

Dzieje się tak dlatego, że kluczem do wszystkiego jest to,
co ty sama musisz najpierw sobie dać -
żeby móc to także otrzymać od innych
ŻYCIE JEST JAK WIELKIE LUSTRO ODBIJA TO, CO W SOBIE MASZ ORAZ TO, CZEGO CI BRAKUJE"

:) prawda, że oczywiste? Hmmm, to dlaczego tak trudno dziś ludziom być szczęśliwym? Jesteśmy zabiegani, zestresowani, brakuje nam czasu dla siebie i innych.... Zabieram się do pracy nad sobą!




Tak sobie rozmyślam ostatnio (zapewne to wynik przeziębienia i ogromu wolnego czasu spędzanego w domu). Może faktycznie byłoby dobrze zastosować się do rad Beaty Pawlikowskiej. Od lat czytam jej książki, podziwiam postawę, szanuję przekonania. Po cichu zawsze mówiłam sobie, że ona to ma szczęście. Ale chwilę, przecież każdy z nas może być swoim najlepszym przyjacielem! Dlaczego tak trudno jest zaufać samej sobie, czemu wywiązujemy się z tysięcy umów, a nie dotrzymujemy słowa danego sobie. Zycie płynie, a my kręcimy się wokół tych samych problemów, nic z nimi nie robiąc... Czy to nie chore i nieracjonalne? Kogo tak szczerze chcemy zadowolić? Społeczeństwo? A ja? co ja myślę o tym, co czuję, gdzie jestem i kim chcę być. STOP. Pora się zatrzymać... Bo za chwilę obudzę się u końca życia i będę się zastanawiała, co się z nim stało. Drugiego nie będę miała, możne wiec pora zając się tym największym skarbem, jaki mam - moim własnym życiem?



Anna M.


"Przerwana lekcja muzyki" Susanna Kaysen


"Girl, Interrupted"... światy równoległe....



 


tytuł:  "Przerwana lekcja muzyki"
autorka: Susanna Kaysen
wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 1996
tytuł oryginału: Girl, Interrupted
liczba stron: 160
moja ocena: 6 /6 
    Co u mnie? No cóż, nadal chora... ale już bez temperatury :) No i kolejny postęp - przestała mnie boleć głowa i nareszcie mogę myśleć :)  Leżę w łóżku grzecznie, jem, śpię, kaszle, stos chusteczek, jeszcze 4 dni na antybiotyku, zapas żywności w lodówce, rosołek, owoce i herbatka z cytryną, choć nie lubię. Ale muszę się ostatecznie i definitywnie wyleczyć! Taki mam odważny plan :) Za oknem prawie wiosna, a ja uwięziona w pokoju na 12 piętrze! Trudno... Jeszcze przyjdą lepsze dni :)


     "Girl, Interrupted" Susanna Kaysen. Książka przeczytana poza planem... ale z potrzeby serca. 

Susanna Kaysen


  Oglądałam kiedyś film "Przerwana lekcja muzyki". Powstał on w 1999 roku na podstawie dziennika-pamiętnika Susanny Kaysen. Zafascynowała mnie wtedy postać Lisy - obłąkanej nastolatki, która w swym szaleństwie była bardziej normalna niż każdy z nas. No i znakomita rola Angeliny Jolie - która była tak przekonująca jako Lisa, że juz na zawsze w mojej pamięci zostanie związana z ta rolą. Zaciekawił mnie obraz choroby i postrzegania siebie przez pacjentów szpitala psychiatrycznego. Może dlatego, że kiedyś jako wolontariuszka pracowałam w szpitalu psychiatrycznym, co prawda tylko sprzątałam, ale mogłam zobaczyć, co się tam dzieje. Zawsze interesowała mnie psychologia i ludzki umysł. Jak zatem czuje się osoba chora? Czy ludzki umysł może nas okłamywać? Czy świat, w którym żyjemy i funkcjonujemy jest realny? Czy można zaufać komuś, kto twierdzi, że nie mamy racji? Czy nasza wrażliwość może nas zgubić?

Autorka książki, Susanna Kaysen, w latach 1967-1969 sama była pacjentką szpitala  McLean w Belmont.

"Ludzie pytają: jak tam trafiłaś? W rzeczywistości chcą wiedzieć, czy ich może spotkać to samo. Nie potrafię dać odpowiedzi na to ukryte pytanie. Mogę powiedzieć jedno: to nie jest trudne. Tak jak nietrudno jest ześlizgnąć się w objęcia wszechświata równoległego. Tyle ich jest wokół nas: świat obłąkańców, świat przestępców, świat niepełnosprawnych, świat konających, a może i świat zmarłych. Te światy istnieją równolegle obok naszego i są do niego podobne, ale nie są jego częścią. (...) We wszechświecie równoległym prawa fizyki zostają zawieszone. Co leci w górę, niekoniecznie musi upaść, ciało w spoczynku wcale nie musi w spoczynku pozostawać, nie każda akcja wyzwala równorzędną i odwrotną reakcję. Również czas nie jest ten sam. Może pędzić w kółko, może płynąć wstecz, może też niepostrzeżenie przemknąć od teraz do kiedyś. Sama struktura molekularna ciała stałego jest bardzo płynna: stoły mogą się stać zegarami, twarzami albo kwiatami. Jednak o tym wszystkim dowiadujesz się później. Jeszcze jedną przedziwną cechą wszechświata równoległego jest to, że choć z zewnątrz pozostaje niewidzialny, to kiedy już trafi się do jego wnętrza, ciągle widać świat, z którego się przybyło. Świat ten niekiedy wygląda groźnie i potężnie, trzęsie się jak olbrzymia góra gęstej galarety, ale czasami jest zminiaturyzowany i maleńki, kusząco błyszczy i wiruje po swojej orbicie. Jednak w żadnym z obu tych przypadków nie sposób go nie zauważać. Z każdej celi na Alcatraz widać przez okno San Francisco".

    Susanna opisując swój pobyt na oddziale psychiatrycznym, nie ogranicza się tylko do relacjonowania przebiegu dnia. Mniej lub bardziej świadoma własnej choroby zaprasza czytelnika do swojego świata - do świata swoich koleżanek, do świata ludzi, którzy mocniej czują, więcej widzą, lepiej wiedzą i bardziej cierpią. Ale jedno jest pewne - są inteligentni. Jej spostrzeżenia są trafne, a opis "naszego" świata ludzi "zdrowych" może zasiać wątpliwość, po której stronie normalności jesteśmy. Absurdy życia codziennego w szpitalu są tak "absurdalne", że zaczynamy wierzyć, iż to Susanna ma racje. A jednak, czy to prawda? Czytając jej książkę zaczynamy się zastanawiać, jaka jest różnica między osobą chorą a zdrową?  Czy jest to tylko adres zamieszkania? Czy to zaburzenie postrzegania rzeczywistości, nadmierne rozmyślanie, niewłaściwy obraz siebie, czy tylko braki serotoniny w mózgu?

"Dopóki postanawiałyśmy trwać w złym humorze, nie musiałyśmy chodzić do szkoły ani szukać sobie pracy. Właściwie mogłyśmy wykpić się od wszystkiego, z wyjątkiem jedzenia i przyjmowania lekarstw. W pewnym sensie byłyśmy wolne. Dotarłyśmy do kresu. Nie miałyśmy już nic do stracenia. Nasza prywatność, nasza godność, nasza wolność — byłyśmy tego wszystkiego pozbawione, byłyśmy obnażone do żywej kości swego jestestwa. Obnażone wymagałyśmy ochrony i szpital nas ochraniał. Oczywiście, to szpital pierwszy nas obnażył, ale jednocześnie podkreślił w ten sposób, że bierze na siebie obowiązek ochraniania nas. I szpital ten obowiązek wypełniał. Nasze rodziny wydawały na to wcale niemałe sumy pieniędzy: sześćdziesiąt dolarów dziennie (w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku) za sam pokój. Terapie, lekarstwa, konsultacje itd. opłacane były osobno. (...) Moja hospitalizacja pochłonęła równowartość kosztów studiów, których nie chciałam podjąć".

 A rodzina, znajomi, życie sprzed choroby, świat poza murami szpitala?

"Czubek trochę przypomina osobę obarczoną obowiązkiem pełnienia roli reprezentacyjnej. Często szalona jest cała rodzina, ale ponieważ cała rodzina nie może iść do szpitala, wyznacza się na wariata jedną osobę, reprezentanta, który zostaje hospitalizowany. Potem, w zależności od tego, jak miewa się reszta rodziny, osoba ta albo jest trzymana na oddziale, albo wyciągana z powrotem do domu. W obu przypadkach rodzina stara się udowodnić coś na temat swego" stanu zdrowia psychicznego. Większość rodzin starała się dowieść jednej, tej samej tezy: my nie jesteśmy stuknięci, to nasz reprezentant jest stuknięty. Te rodziny opłacały przysyłane rachunki. Jednak niektóre rodziny usiłowały udowodnić, że nikt nie jest stuknięty, i właśnie one groziły nieustannie, że przestaną opłacać pobyt w szpitalu".

    Autorka pisze również o piętnie, jakie niesie ze sobą pobyt w zamkniętym zakładzie. Niektórzy boją się osób z "taką" przeszłością, inni boją się siebie, że może ich spotkać to samo, jeszcze inni bali się "zarazić" chorobą. Czym zatem jest szaleństwo?

"miejsce, gdzie każde fałszywie odebrane wrażenie nosi wszelkie znamiona rzeczywistości".

     Czy zatem każdy z nam nie jest w jakimś stopniu szalony? Mój znajomy zawsze mawiał, że najbardziej boi się ludzi, którzy twierdzą, że są normalni :) Może i coś w tym jest z prawdy... 


 



I jeszcze jedna myśl:

Przerwana lekcja muzyki obraz Jana Vermeera,
 namalowany ok. 1658-61 r.
"Dziewczyna w czasie lekcji muzyki przebywa w innym świetle; kapryśnym, mrocznym, przygaszonym i posępnym świetle życia, dzięki któremu widzimy siebie i innych tylko w sposób niedoskonały. I bardzo rzadko".


Anna M.

Belfer na wakacjach :)

3 lipca 2022 r.  _______________________________________________ Postanowiłam zreanimować starego bloga czytelniczego i tchnąć w niego troch...