Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasje. Pokaż wszystkie posty

"Urodzeni biegacze" Christopher McDougall



....czyli w poszukiwaniu siebie....


Jeszcze kilka lat temu regularnie biegałam. Pisałam już o tym wcześniej przy okazji książki Scotta Jurka. Nie było dla mnie problemem przebiegnięcie 10 km, lubiłam wstawać wcześniej i biegać po lesie... Niby ok, ale  bieganie dawało mi poczucie wolności, pomagało odstresować się i zapomnieć o całym świecie, pozwalało przekraczać woje granice. A potem coś się stało.... i przerodziłam się w kanapowca. Teraz zamiast wyjść pobiegać, czy zwyczajnie pójść na basen, wolę posiedzieć w domu i poczytać...  Ale w tym roku, tzn. w przyszłym, bo  uda mi się jeszcze zamieścić post w 2013, mam plan. Chcę wrócić do starej wagi, czyli mam 30 kg do zrzucenia, i oczywiście wrócić na ścieżki biegowe. Długo się zbieram, ponad rok, dużo też przetrzymałam ze strony "kochanych" koleżanek... Uśmiecham się i zaciskam zęby, ale komentarze w styl:  "nie zmieścisz się w sukienkę", albo "w życiu nie wrócisz do swojej wagi", czy "ty i bieganie, daj spokój i nie bądź śmieszna", wyprowadzają mnie z równowagi. Znam siebie zbyt dobrze i wiem, że takie opinie nie zmuszą mnie do pracy, nie zmotywują, bo nigdy nie robiłam nic dla kogoś, zawsze tylko i wyłącznie słuchała swojego wewnętrznego głosu. Od jakiegoś czasu zamilkł, albo jak wolicie, został zagłuszony. Zrzucałam winę na wiek, odpowiedzialność, dorosłość. Chciałam być spokojna, ułożona, szablonowa, być wreszcie taka, jaką chcieli mnie widzieć znajomi i ku ich uciesze "znormalnieć". Ale nie mogę już dłużej, dusze się w konwencjonalnym, poukładanym i przewidywalnym światku.... DOŚĆ! NIECH SOBIE MÓWIĄ, ZE TO DAMSKI ODPOWIEDNIK "KRYZYSU WIEKU ŚREDNIEGO", MAŁO MNIE TO JUŻ OBCHODZI! Ten nadchodzący rok mam zamiar poświecić na powrót do korzeni, na odnalezienie siebie, i na bycie wreszcie sobą. Zbyt długo tkwię w szarości, przewidywalności i pasywności.




Od  jakiegoś czasu nie daje mi spokoju jedna postać - Scott Jurek.






Ostatnio przeczytałam  książkę  "Urodzeni biegacze", gdzie praktycznie można o nim przeczytać na co drugiej stronie. Christopher McDougall opisuje w niej tajemnicze i mało znane plemnie Tarahumara, które zamieszkuje Miedziany Kanion. Czytałam jak zahipnotyzowana. 

"Odjechane gwiazdeczki pop przychodzą i odchodzą, ale plemię Tarahumara zdaje się istnieć od zawsze.Pozostawione samemu sobie w odludnym kanionie, plemię samotników rozwiązało bodaj każdy problem, z którym zetknął się człowiek. Nieważne, czy chodzi o umysł, ciało czy duszę - Taramumara wkładają 100% wysiłku w perfekcyjne opanowanie wybranego zagadnienia. W krainie Tarahumara nie było zbrodni, ani kradzieży, nie było wojen. Nie znano korupcji, otyłości, uzależnienia od narkotyków, chciwości, przemocy domowej, molestowania dzieci, chorób układu krążenia, nadciśnienia, emisji dwutlenku węgla. Tarahumara nie miewali cukrzycy, nie wpadali w depresję, nawet się nie starzeli. (...) Na dodatek, jak gdyby mało tego było, że Tarahumara to najżyczliwsi, najszczęśliwsi ludzie pod słońcem, są oni również najwytrwalszą społecznością na świecie (...) Przypuszczalnie od czasów antycznych Spartan nikomu nie udało się osiągnąć tak niebywałego poziomu sprawności fizycznej".


Tarahumara to Biegający Ludzie. Biegają na długie dystanse od wczesnego dzieciństwa....  dla zabawy, dla rozrywki, to ich zwyczajny sposób poruszania się. Znane są przypadki, kiedy Tarahumara biegają do 700 km jednorazowo. Biegają bez specjalistycznych butów, ubrań, żeli i sprzętu. Wystarczą im proste sandały i radość w duszy. Udowadniają, że człowiek jest stworzony do biegania. Tak zostaliśmy zaplanowani i taka była nasza naturalna skłonność, dziś zupełnie zagłuszona przez rozwój cywilizacyjny. Współcześnie wielu ludzi powraca do biegania, z rozmaitych powodów. Jedni dla zdrowia, inni dla figury, jeszcze inni dla odstresowania. Są jednak i tacy, którzy biegają dla... biegania, dla radości z tego płynącej, bo inaczej nie potrafią. Za tym idzie również zmiana stylu życia, powrót do pierwotnej równowagi, harmonii i prawdy życia. Tarahumara to tylko punkt wyjścia tej opowieści, potem są już tylko ludzie, którzy biegają. W ultramaratonie nie liczą się czasy, miejsca, ale wysiłek, przekraczanie własnych granic, za którymi niemożliwe staje się możliwe... To życie w zgodzie ze sobą i ze światem, często zupełnie obok chaosu komercyjno-konsumpcyjnego społeczeństwa. Dla mnie taką osobą jest np. Beata Pawlikowska. Jej historia pokazuje, że można być szczęśliwym tylko wtedy, gdy odnajdziemy siebie, a nie na warunkach, które dyktuje współczesny wyścig szczurów. Swoją drogę odnalazł też Scott Jurek - legenda w świecie ultramaratończyków. 














Caballo Blanco (Biały Koń)
"Urodzeni biegacze" to historia ludzi, dla których bieganie to sposób na życie, nie biznes, nie sport, ale radość i bycie z drugim człowiekiem. To też opowieść o Caballo Blanco, który mieszkając pośród Tarahumara, zorganizował jedyny w swoim rodzaju bieg na 50 mil przez Miedziany Kanion, na starcie którego co roku stają najlepsi ultramaratończycy i Tarahumara. W pierwszym takim biegu wystartował m.in. Scott Jurek i autor tej książki - Christopher McDougall.  Niedostępna trasa, wysoka temperatura, bieg bez mapy, mordercze tempo, brak wody.... Można pomyśleć, że zwariowali, ale w tym szaleństwie jest sposób na życie. To bieg po siebie, wtedy można poznać i zrozumieć, kim jestem i co jest dla mnie najważniejsze. Wyścig? Dystans? Czas? A może drugi człowiek i radość chwili, poczucie jedności ze sobą, światem? Równowaga między ciałem, umysłem i pragnieniem bycia, bez względu na wszystko?





Scott i Arnulfo

"To był niesamowity widok: Arnulfo i Scott biegnący ramię w ramie. Scott nigdy przedtem nie widział żadnego Tarahumara, a Arnulfo w życiu nie miał kontaktu z zewnętrznym światem, a jednak w jakiś niebywały sposób tych dwóch ludzi, których dzieliło dwa tysiące lat odmiennej kultury, wypracowało identyczny styl biegania. (...) Scott znalazł prostszą metodę: łatwo jest wyjść poza granice własnego ciała, jeżeli tylko myśli się o drugim człowieku. (...) Arnulfo nie miał zmierzyć się jedynie z szybkim Amerykaninem, o nie! Miał oto stanąć do wyścigu z jedynym na świecie Tarahumarą dwudziestego pierwszego wieku. (...) Arnulfo nadal prowadził. Silvino biegł na drugim miejscu, ale Scott zbliżał się do niego bardzo szybko. Kiedy do linii mety pozostało zaledwie półtora kilometra, Scott prześcignął Silvina, ale zamiast wyminąć go i pognać dalej jak burza, klepnął go w plecy, machnął ręka i krzyknął: Dawaj, dalej! Zaskoczony Silvino zdołał wykrzesać z siebie jeszcze trochę sił i dopasował się do tempa Scotta. Obydwaj zaatakowali pozycję Arnulfa".



No tak, świat może być fascynujący. Gdy tak sobie siedziałam w moim M1/2 i czytałam, przyszło mi do głowy, że życie to coś więcej niż wyścig szczurów, konwenanse, poprawność polityczna i uśmiechanie się do wszystkich. Przypomniały mi się czasy, przecież nie tak odległe, kiedy potrafiłam mieć własne zdanie i walczyłam o nie, bez względu na opinię innych. Poczułam znów to przyjemne wrażenie, że moja przyszłość zależy tylko ode mnie, a nie od inflacji, funduszu emerytalnego i tego, czy księgowa zapisała mnie do właściwego urzędu. Mojego życia nie można zamknąć w 12 godzinnym dniu pracy, oczywiście przy opinii społecznej, ze pracuje 3 godz, a resztę żyje na koszt państwa. Praca to nie wszystko, czas odnaleźć siebie, wrócić do tej równowagi sprzed lat, iść do przodu, rozwijać się, walczyć i być sobą...




"To takie proste (...) Wystarczy poruszać nogami. Jeżeli uważasz, że nie urodziłeś się po to, żeby biegać, wtedy wypierasz się nie tylko całej historii ludzkości, lecz także tego, kim jesteś. (...)"



Anna M.
P.S. Powrót do biegania będzie długi i trudny, ale ... nie widzę innego wyjścia...



"Jedz i biegaj" Scott Jurek




autor: Scott Jurek

tytuł: "Jedz i biegaj. Niezwykła podróż do świata ultramaratonów i zdrowego odżywiania"

tytuł oryginału: Eat and Run

wydawnictwo: Galaktyka
data wydania:   19 września 2012
liczba stron: 288

moja ocena: 6+ / 6






Muszę się do czegoś przyznać, chociaż widać to jak na dłoni... Czytam ostatnio sporo o bieganiu i coraz bardziej tęsknie za bieganiem. Zaczęłam nawet chodzić do szkoły w moich ukochanych butach do biegania... Muszę jednak schudnąć jakieś 10 kg, żeby wiosną wyjść do lasu i w miarę bezpiecznie pobiec. Nie poddaję się... 


Kolejną książką motywującą mnie do zmiany i powrotu do dawnego stylu życia jest "Jedz i biegaj" Scotta Jurka. I tu znów nie chodzi o samą książkę, ale o jej autora. 



 



Ta książka, wbrew pozorom, wcale nie jest o bieganiu. Oczywiście Scott opisuje kolejne występy, biegi, mordercze dystanse, ale linią przewodnią jest poszukiwanie równowagi w życiu, znalezienie szczęścia i spokoju. Scott osiągnął chyba wszystko, o czym ultramaratończy marzy. 100 mil? Żaden problem. Bieg 24-godzinny? Nie ma sprawy. Dotarł tam, gdzie ból i wyczerpanie graniczą ze śmiercią. Ale po przekroczeniu tego, co pozornie nieprzekraczalne, odnalazł siebie. Dopiero po 100, 150, czy 200 km, po wymiotowaniu ze męczenia podczas biegu, po halucynacjach w Dolinie Śmierci przy temp sięgającej 47 stopni, można usłyszeć siebie, przekroczyć siebie i ... pobiec dalej. 


"Próbując znaleźć motywacje, skupiamy się na czymś istniejącym poza nami, a tymczasem powinniśmy pamiętać, że radość i spokój może nam przynieść nie sama nagroda, lecz walka o nią. Życie (...) to podróż, a nie cel."


Zadziwiające, że każdy "wielki" autorytet (w jakiejś dziedzinie) podkreśla, że mamy się całkowicie zanurzyć w teraźniejszości, smakować ją i żyć codziennością. Nie szukać wielkich rzeczy, ale iść, biec, walczyć, starać się tu i teraz odnaleźć sens tego, co robimy. 


"Poruszamy się do przodu, ale zostajemy w teraźniejszości"


Wyniki, nagrody i rekordy nie są najważniejsze. Scott zrozumiał to po latach... Swoją droga ciekawe, że poznanie zagadki życia zajmuje tyle czasu. Z drugiej strony chyba właśnie na tym polega życie - na .. życiu... Scott zrozumiał to biegając ultramaratony, inni odnajdują siebie podróżując, jeszcze inni, jak ja - nadal szukają. Ostatnio jednak wydaje mi się, że już prawie widzę swoje prawdziwe oblicze... i nie chodzi tu o lusterko ;)  Scott wierzy w to, że zmianie musi ulec każdy element naszego życia - umysł, ciało, dieta, sposób spędzania czasu, marzenia, cele. Trzeba się zastanowić, co nas blokuje i odrzucić to. Ale uwaga! To nie meta jest najważniejsza, ale radość biegu do niej.



"Ale można się zmienić. Nie z dnia na dzień. Z czasem. Życie to nie wyścig. Ultramaraton to też nie wyścig, choć na taki wygląda. Nie ma mety. Dążymy do celu i to, czy go osiągniemy czy nie, jest wprawdzie ważne, ale nie najważniejsze. Ważne JAK będziemy do niego dążyli. Istotny jest krok, który stawiamy w tej chwili; liczy się ten krok, który TY w tej chwili stawiasz. Każdy z nas podąża inną drogą. Zdrowe jedzenie i swobodne bieganie pomogło mi odnaleźć mój sposób na życie. Może tez pomóc tobie. Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi cię droga"





Praca w szkole to ja ultramaraton, czasem dosłownie. Nie widać końca lekcji i pomimo zmęczenia na ósmej lekcji, dla dzieciaków zawsze trzeba być całym sobą. Nie da się udawać i zbyć ich marnym sloganem. Nie zawsze liczy się wynik, bo często najważniejsza jest atmosfera podczas lekcji, wspólna praca i poznawanie świata. Wczoraj odbyło się pierwsze spotkanie koła czytelniczego w naszej szkole. Przyszły trzy dziewczynki. Ktoś powie "tylko trzy"? A ja mówię: "świetnie, że przyszły wspaniale dziewczyny, które uwielbiają czytać! Mają po naście lat, a czytają więcej niż niejeden dorosły". Rozmawiałyśmy o naszych ulubionych książkach, autorach. Wymieniałyśmy się pomysłami, jak sprawić, żeby więcej osób przyszło na spotkania. Przyznaję, że muszę się jeszcze wiele nauczyć od moich szóstoklasistek. Zapisałam wszystkie tytuły książek, które je inspirują, odwiedziłam Empik i ... wieczorem otworzyłam jedną z poleconych książek, żeby poznać świat moich uczennic. Zatem kolejne recenzje będą zapewne w dużej mierze podyktowane chęcią "nadrobienia zaległości" z lat młodzieńczych... Miło będzie zanurzyć się w literaturę powiedzmy "młodzieżową"...


Zaczęłam czytać "Baśniobór" Brandona Mulla.  Nagle zapomniałam o wszystkim, co mnie tego dnia spotkało, o troskach i zmartwieniach, o których jeszcze godzinę wcześniej żaliłam się dzwoniąc do K.S. Jak ultramaratończyk, wyłączyłam umysł i zanurzyłam się w teraźniejszości. Wyłączyłam telefon, zrobiłam sobie kawę, przebrałam się w dres, otworzyłam okno, a gdy ostatnie smutki odpędził mroźny wieczór, wyjęłam tajną broń - kocyk od mamy... Włączyłam IL DIVO i zapomniałam o przeszłości i przyszłości. Fascynujące! A potem, nawet nie wiem, o której...spokojnie zasnęłam...




Anna M.



A...... Scott Jurek pisze też sporo o diecie opartej na warzywach. Zainspirowana jego pomysłami zrobiłam sobie na kolację gotowane na parze warzywa z łososiem i sosem jogurtowym. A na obiad zabrałam ze sobą do szkoły pyszną zupę z dyni :) I co najważniejsze - od tygodnia zero czekolady :) Ależ jestem z siebie dumna!





















oficjalna strona Scotta Jurka

eioba





"Ukryta siła" Rich Roll



autor: Rich Roll

tytuł: "Ukryta siła. Jak stałem się jednym z najbardziej sprawnych ludzi na świecie i odnalazłem siebie"


tytuł oryginału: Finding ultra

wydawnictwo: Galaktyka
data wydania:   14 sierpnia 2013
liczba stron: 224

moja ocena: 6+ / 6







Czytam ostatnio książki o bieganiu... Ale nie chodzi o samo bieganie, a raczej o historię życia autorów... Rich Roll jest jednym z tych ludzi, którzy mnie zainspirowali do zmian we własnym życiu... Dlaczego wcześniej nic się nie działo? Ano działo się, ale presja społeczeństwa i brak zrozumienia u znajomych spowodowały, że zeszłam z obranej drogi... Ale nie tym razem :)


Rich pisze:

"Życie to długi, skomplikowany marsz. Przemierzyłem bardzo różne drogi, niektóre kręte, niektóre jasne i proste, niektóre ciemne i wstydliwe. Jest to opowieść o facecie, który zbudził się pewnego ranka i stwierdził, że od zbyt wielu lat idzie tą samą wydeptaną ścieżką. Wszyscy na niej byliśmy. I aż nazbyt wielu z nas nie widzi możliwości zejścia z niej, a co dopiero mówić o jakiejś nowej trasie, na której byśmy bardziej się spełniali jako osoby. Mnie się udało. Dzięki temu, iż otworzyłem serce, zawierzyłem, że nie sprowadzi mnie na manowce, i byłem gotów iść za jego wskazaniami, zobaczyłem, jak moje życie odmienia się pod każdym względem. Gdy przyszło się zmagać z niemożliwymi na pozór do pokonania przeszkodami, ból stawał się tak wielki, iż jedynym ukojeniem było całkowite się w nim pogrążenie. Tam jednak, gdzie przeszkody, tam możliwość wzrastania, bez wzrostu zaś nie ma życia. Dlatego też dopracowałem się takiej mantry:<<Rób to, co kochasz, kochaj tych, na których ci zależy, i to, na czym ci zależy, służ pomocą innym i pilnuj, byś zawsze wiedział, że jesteś na właściwej drodze.>>

Także i na ciebie czeka nowa droga. Trzeba się tylko za nią rozejrzeć, a potem - zrobić pierwszy  krok. Na początek wystarczy powstać i wytrwać, a ten pierwszy krok stanie się gigantyczny. I wtedy pokarzesz, kim naprawdę jesteś"


I jak tu nie słuchać takich ludzi... Zapewniam, że nie są to puste słowa. Rich Roll prócz tego, że jest genialnym biegaczem (ukończył np. pięć dystansów Iromana na pięciu wyspach na Hawajach w siedem kolejnych dni!) jest też człowiekiem, który pewnego dni zobaczył, jak bezwartościowe życie prowadzi i postanowił to zmienić.  Swoją drogę rozpoczął od odrzucenia alkoholu i narkotyków, przeszedł terapię dla AA i program 12 kroków, potem zmienił sposób odżywiania i zrzucił pond 25 kg nadwagi. Zaczął biegać i po jakimś czasie wziął udział w zawodach Ultramana... Zmienił sposób myślenia o sobie i o świecie i dopiero wtedy zmieniło się jego życie... 






Nie popieram diety wegańskiej, nawet nie wyobrażam sobie bycia wegetarianką... ale jedzenie większej ilości warzyw i owoców jest jak najbardziej po mojej myśli.... Unikanie wszelkiej żywności przetworzonej i wprowadzenie większej ilości ruchu to mój plan na najbliższe miesiące...



Zobaczymy, co z tego wyjdzie...
Anna M.   


"Bez ograniczeń. Historia najtwardszej kobiety na świecie" Chrissie Wellington



autor: Chrissie Wellington

tytuł: "Bez ograniczeń"

tytuł oryginału: Life Without Limits

wydawnictwo: Galaktyka
data wydania:   17 kwietnia 2013
liczba stron: 272

moja ocena: 6+ / 6






Wczoraj kupiłam, właśnie skończyłam czytać...

Dzisiejszy wpis będzie zdecydowanie dłuższy... Dlaczego? Cóż... jak na triatlon Ironman przystało. Dystans: 3,8 pływania, 180 km jazdy na rowerze i 42,195 km maratonu. Mordercza trasa i nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jak można tego dokonać, a jednak widać można.... Chrissie Wellington zwyciężyła w Mistrzostwach Świata w triatlonie na dystansie Ironman w 2007, 2008, 2009 i 2011. Po drodze wygrywała wszystkie mniejsze zawody, w których startowała, biła rekordy i zadziwiała świat...






Książka mną wstrząsnęła. Jest wiele powodów. Jednym jest mało znany fakt, że jeszcze kilka lat temu biegałam 3 razy w tygodniu po 10 km. Biegałam rekreacyjnie wszędzie, gdzie się dało. Nawet na wakacje zabierałam buty i strój, wstawałam o świcie i biegałam.... nawet w... Pirenejach! Ale potem moja ówczesna "szefowa" (to skomplikowane) z Krakowa nie pochwalała biegania i była bardzo przeciwna temu utrudniając mi zaangażowanie w sport (choć było to czysto rekreacyjne i nie kolidowało z "pracą"). Dałam się jej jednak przekonać i "zdjęłam buty do biegania". Dziś niestety jestem 100% kanapowcem i pożeraczem pizzy i chipsów. W efekcie przytyłam i straciłam zapał do wielu rzeczy. Kiedyś marzyłam o udziale w maratonie Kraka, dziś marzę, żeby mieć lekcje na parterze...


Ale koniec z pustym żalem i destrukcyjnym rozpamiętywaniem, pora ruszyć się z miejsca! Dziś wyjęłam moje kochane buty do biegania i wyprałam strój... Buty wyczyściłam i postawiłam na szafce, aby mnie motywowały do powrotu do biegania... Na początek muszę  zrzucić kilka kilogramów, żeby nie nabawić się kontuzji i aby to wszystko miało sens. Wykupiłam zatem karnet na basen.... WRACAM :) Zachęciła mnie do tego Chrissie Wellington...


"Bez ograniczeń" to książka nie tylko o sporcie, ale i o harcie ducha, o sile i odwadze... Jedną z  bohaterek  jest Julie Moss, która wystąpiła w zawodach Ironman w 1982 roku. Prowadziła podczas ostatniego etapu, czyli maratonu i wydawało się, że zdobędzie tytuł, gdy nagle jej organizm powiedział STOP. Kilkadziesiąt metrów przed metą upadła z wyczerpania. Ale nie poddała się, nie pozwoliła sobie pomóc, gdyż groziło to dyskwalifikacją. Wstała i kilka metrów przed meta przewróciła się ponownie, wtedy minęła ją rywalka. Przegrała..., ale tylko pozornie, bo prawdziwym zwycięstwem było to, co nastąpiło później Julie nie miała sił, żeby wstać, więc ukończyła 11 godzinny wyścig czołgając się ostatnie kilkanaście metrów do samej linii mety. Wygrała ze sobą, z bólem, z poczuciem przegranej i z rezygnacją...  Poniżej zamieszczam filmik będący wspomnieniem przez Julie wydarzeń sprzed 30 lat.



Dla mnie nie jest to więc książka wyłącznie o sporcie...



Ale wróćmy do Chrissie... :)

Nie mogę się powstrzymać przed umieszczeniem pewnego cytatu. Chrissie poruszyła delikatną i wrażliwą  nutę w mojej duszy...

"Bardzo ważną inspiracją jest dla mnie wewnętrzny głos, który nakazuje mi jak najpełniejsze wykorzystanie mojego potencjału. Każdy ma w sobie taki głos, ale wielu ludzi za bardzo boi się go słuchać; są zbyt przerażeni, by choćby spróbować. Obawiają się porażki. Lęk paraliżuje, ale jest tylko urojeniem - tak naprawdę przecież nie istnieje. Nigdy nie myśl, że coś jest niemożliwe, nie przestawaj próbować czegoś nowego. Życie zaprowadziło mnie do wielu niezwykłym miejsc, dzięki którym czuję się pełniejsza i bogatsza. Nigdy nie udałoby mi się do nich dotrzeć, jeśli pozwoliłabym, by strach okazał się silniejszy od potrzeby poznawania". 


Strach i lęk zbyt często paraliżują. Może warto nad tym popracować???  Lęk może motywować,  jednak najczęściej odbiera wszystko. Dziwna sprawa... To jak "strachy" w dzieciństwie. Baliśmy się wszystkiego, co nieznane. Dziś jest podobnie. Wyobrażamy sobie nierealne zagrożenia, porażkę czy kompromitacje i boimy się tak bardzo, że nie korzystamy z możliwości rozwoju. Albo, co gorsza sprawdzone w moim przypadku, szukamy szybkich rozwiązań i bezwartościowych zamienników, które mają zagłuszyć lęk. Wnioski? Trzeba spojrzeć realnie na całą sprawę, podejść konstruktywnie do problemu i... trzymać się z dala od słodyczy. To iluzja, że po zjedzeniu tabliczki czekolady, lęk minie :) Dzięki Chrissie!!!!


Co dalej?
Po pierwszych wygranych zawodach Ironmana trener udzielił Chrissie najlepszej rady, jaką można dać świeżo upieczonej mistrzyni świata:


"Widziałem już niejednego mistrza świata, który uległ presji. (...) ścigają się z koroną na głowie. A ona cholernie ciąży. Posłuchaj dobrej rady: zdejmij ją, włóż do pudełka i schowaj do szafki. Nie bój się. Jak wrócisz, ona nadal tam będzie. Nie pozwól, aby cię przytłoczyła albo odebrała możliwość zdobycia kilku innych trofeów do kompletu. Nie dyskutuj. Mam taką rację, że aż strach".




To rada oczywiście dotycząca treningów, ale można ją zastosować w zwyczajnym życiu. Nie ma nic trudniejszego od przeżycia kilku tygodni po osiągniętym "sukcesie" (jakimkolwiek). Atmosfera wtedy gęstnieje, a wszyscy oczekują, że już teraz zawsze będzie się oczarowywać geniuszem. Zwłaszcza, jeśli w moim przypadku ma się bardzo rzadko przebłyski myślenia, a geniusz to czysty przypadek, zbieg wielu okoliczności i zwyczajnie fuks. Pozostaje wtedy robić po prostu swoje, w swoim tempie, na swoje możliwości, tak, jakby nie było owego "sukcesu". To pomaga złapać perspektywę i wrócić do tego, co jest naszą pasją, niezależnie od wyników...




W książce jest więcej historii takich jak Chrissie, czy Julie... To historie ludzi, którzy mnie inspirują do działania. Każda kolejna opowieść to mała cegiełka w moim życiu... to kolejny dowód, że wysiłek ten fizyczny i ten duchowy się opłaca. Każda osoba, która po latach poszukiwań, odnalazła szczęście staje się moim "przyjacielem", który rozumie mnie lepiej, niż "lokalni znajomi". Czego jeszcze nauczyłam się od Chrissie? To już mój sekret, ale mam nadzieję, że zaprocentuje kolejną zmianą w moim życiu, i to zupełnie nie chodzi o bieganie...

"(...) jak mogę spekulować, co przyniesie przyszłość, skoro teraźniejszość jest tak kompletnie odmienna od tego, czego oczekiwałam we wczesnej młodości? Dziś wolę postrzegać swoje życie jak drzewo, które rozgałęzia się w sobie tylko znany sposób. Drzewo nie ma celu. Dąży tylko do tego, by się rozwijać i rosnąć.  Ja zaś tak naprawdę zawsze kierowałam się przede wszystkim tym, by zachować otwarty umysł, a jeżeli już coś robiłam - wkładałam w to serce i duszę. (...) Ku mojemu zaskoczeniu po drodze niejednokrotnie przekonywałam się, że widziane z oddali granice i przeszkody znikają, jeśli spróbuje się je pokonać. Okazują się urojonymi barierami, zrodzonymi z naszych wewnętrznych przekonań. To największe odkrycie, jakiego kiedykolwiek dokonałam".


Dziś Chrissie już nie startuje. Wycofała się, gdy zdobyła wszystko, co można było zdobyć. Wróciła do działalności socjalnej i pomocy humanitarnej. Muszę na koniec choćby wspomnieć, że zanim stała się mistrzynią świata Ironman,  pracowała w organizacji pozarządowej na rzecz pomocy humanitarnej krajom Trzeciego Świata, współpracowała z ONZ, co również opisuje w książce. Dziś wraca do swojej pasji życiowej, silniejsza i bardzie zdeterminowana....


I jeszcze jedno... Wiersz, który Chrissie czytała przed startem w zawodach. Fragment listu R.Kiplinga do syna....



"Jeżeli spokój zachowasz, choćby go stracili
Ubodzy duchem, ciebie oskarżając;
Jeżeli wierzysz w siebie, gdy inni zwątpili,
Na ich niepewność jednak pozwalając.
Jeżeli czekać zdołasz, nie czując zmęczenia,
Samemu nie kłamiesz, chociaż fałsz panuje,
Lub nienawiścią otoczony, nie dasz jej wstąpienia,
Lecz mędrca świętego pozy nie przyjmujesz.


Jeżeli masz marzenia, nie czyniąc ich panem,
Jeżeli myśląc, celem nie czynisz myślenia,
Jeżeli triumf i porażkę w życiu napotkane
Jednako przyjmujesz oba te złudzenia.
Jeżeli zniesiesz, aby z twoich ust
Dla głupców pułapkę łotrzy tworzyli,
Lub gmach swego życia, co runął w nów,
Bez słowa skargi wznieść będziesz miał siły.


Jeżeli zbierzesz, coś w życiu swym zdobył,
I na jedną kartę wszystko to postawisz,
I przegrasz, i zaczniesz wieść żywot nowy,
A żal po tej stracie nie będzie cię trawić.
Jeżeli zmusisz, choć ich już nie stanie,
Serce, hart ducha, aby ci służyły,
A gdy się wypalisz, Wola twa zostanie
I Wola ta powie ci: "Wstań! Zbierz siły!"


Jeżeli pokory zniszczyć nie zdoła tłumu obecność,
Pychy nie czujesz, z królem rozmawiając,
Jeżeli nie zrani cię wrogów ni przyjaciół niecność,
I ludzi cenisz, żadnego nie wyróżniając.
Jeżeli zdołasz każdą chwilę istnienia
Wypełnić życiem, jakby była wiekiem,
Twoja jest ziemia i wszystkie jej stworzenia
I - mój synu - będziesz prawdziwym człowiekiem!"






 oficjalna strona Chrissie Wellington

strona Toma Lowe'a
eioba

Anna M.





"Rok biblijnego życia" A. J. Jacobs



autor: A.J. Jacobs
tytuł oryginału: The year of living biblically: one man's humble quest to follow the Bible as literally as possible


wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania:  9 października 2009
 liczba stron: 515


moja ocena:  3+ / 6







Jestem w kropce. Pierwszy raz wystawiam tak niską ocenę książce... K.S. sie ucieszy, bo usłyszałam ostatnio, że wystawiam za dobre oceny... Ale zwyczajnie nie sięgam po beznadziejne książki, ale po te, które mnie interesują... Ale dziś niespodzianka!


Historia życia i pasja A. J. Jacobsa od dawna mnie fascynowały. To zakręcony człowiek. Przypomnę tylko, że przeczytał np. 32 tomy Encyklopedii Britannica, żeby być najmądrzejszym na świecie. Jednym słowem - ma facet pomysły! Kiedy dowiedziałam się, że poświecił rok życia na czytanie Biblii i przestrzeganie zawartych w niej przykazań, postanowiłam, że muszę to przeczytać. W końcu z wykształcenia i zamiłowania jestem ...biblistką. Ale dopiero teraz zdecydowałam się kupić książkę i... rozczarowałam się.


Trudno to opisać, bo sama książka jest ciekawa, zabawna, a autor rzeczywiście wiele poświęcił swój czas i uczciwie podszedł do projektu.  Tylko po co? 


Ale zacznijmy od książki: Jacobs kupił kilkanaście dostępnych tłumaczeń Biblii, nawiązał kontakty z przedstawicielami różnych religii i wyznań, nawet poszedł na spotkanie dla ateistów, odwiedził Muzeum Kreacjonizmu.  To praktyczny człowiek, dlatego wypisał z Biblii wszystkie napotkane prawa, nakazy, zakazy i sukcesywnie wprowadzał je w życie - DOSŁOWNIE, bez kompromisów!










Mamy zatem komiczne opisy próby zachowania czystości, szukanie grzeszników w celu ukamienowania, zapuszczanie brody, przestrzeganie praw dotyczących ubioru, jedzenia i wielu innych. Książkę czyta się nawet przyjemnie, często można się uśmiechnąć, czasami nawet bardzo... Okazuje się, że życie zgodne z Biblią jest trudne i prawie niewykonalne... No właśnie...

I tu pojawia się moje "ALE"


Moim zdaniem projekt jest niestety zabawny i raczej wieje amatorszczyzną, jeśli chodzi o biblistykę. Nie będę się mądrzyła, bo nie mam takiego zamiaru, ale kilka słów muszę napisać... Jeśli przyjąć założenie, że traktujemy Biblię (o zgrozo) jako świecką książkę czy kodeks moralny, to eksperyment może nawet miałby sens, gdyby nie dosłowne podejście i czytanie "tekstu bez kontekstu" i bez ducha. OK - czytelnik może nie wiedzieć takich szczegółów. Problem pojawia się, gdy autor pisze, że chce sprawdzić, czy uwierzy w Boga, gdy będzie przestrzegał przykazań, i czy jego życie się zmieni. I tu popełnia pierwszy z licznych błędów. 


Wiara to nie "miasteczko ruchu drogowego", i jak mawia klasyk "Bóg nie jest skrzyżowaniem prowincjonalnego księgowego z prowincjonalnym policjantem". Biblia to Księga Żywa, zmieniająca się w kontekście historii relacji Boga z ludźmi. Prawo ewoluowało, a Objawienie było sukcesywnie przekazywane człowiekowi, aby mógł przyjąć i poznać Boga. Martwe i sztuczne podejście do tekstu nic nie da, to nie magia, nie zadziała moje tupanie i "duchowy fitness", że znów zacytuję klasyka tematu.  Ok - przeczytałam, pośmiałam się, ale co z tego? NIC! Ani nie zmienia to wiary czy niewiary autora, a może utwierdzić czytelnika, że Biblia jest co najmniej absurdalna i "nie na czasie". Nic bardziej mylnego, ale wymaga to zaangażowania serca, nie tylko umysłu! Ducha a nie samej litery prawa! A już nie należy robić tego na własną rękę, bo tak mi się wydaje, że Bóg miał to na myśli w tamtym przykazaniu, a to w tym, albo jeszcze inaczej... ABSURD! 


Swego czasu świetny tekst o tym projekcie i  podobnych wyczynach innych autorów napisał Szymon Hołownia. Polecam lekturę (zobacz więcej).


Przeczytałam książkę Jacobsa, pośmiałam się, odłożyłam ją na półkę i pora zając się prawdziwym życiem żywą Biblią... i budowaniem relacji z żywym Bogiem...


Anna M.


P.S. polecam również program
Czy Biblię należy brać dosłownie? - Między sklepami - odc. 83  

eioba 



 

"Dzika droga. Jak odnalazłam siebie" Cheryl Strayed




autor:

tytuł oryginału: Wild: From Lost to Found on the Pacific Crest Trail
 
wydawnictwo: Znak
data wydania polskiego: 17 czerwca 2013
liczba stron: 512
moja ocena:  / 6






 
Mogłabym godzinami streszczać książkę, ale postanowiłam w tej kwestii oddać głos autorce... a napisać o emocjach i uczuciach, które we mnie wywołała, o marzeniach i lekach, moim małym świecie, którym wstrząsnęła...






Przeglądając stronę internetową Znaku natrafiłam na książkę Cheryl zupełnie przypadkowo. Zanim kliknęłam "czytaj więcej", zaintrygował mnie sam tytuł, no bo przecież ja od 32 lat nie robię niczego poza szukaniem siebie (zawsze z marnym skutkiem - chwilowo osiągam sukcesy)... Moją uwagę zwróciła tez notka:

"Gdy grzeczne dziewczynki zaczytywały się
w Jedz, módl się, kochaj
Cheryl naprawdę postanowiła coś zmienić".

Przyznaję - czytałam opowieść o drodze przez PCT z zapartym tchem. Jest to szczera i prosta opowieść o kobiecie, która postawiła wszystko na jedną kartę i samotnie ruszyła w drogę liczącą kilka tysięcy kilometrów. Trzy miesiące wśród dzikiej przyrody, w górach, na stepie, z plecakiem, spotykając przypadkowych wędrowców - to zdecydowanie dobry czas na zgubienie problemów cywilizacji, a odnalezienie prawdziwego ja. Przypomina mi to serię książek Beaty Pawlikowskiej... i budzi tą samą zazdrość, ale i nadzieję, że skoro tylu osobom udało się znaleźć odpowiedzi na kluczowe pytania, to być może te odpowiedzi rzeczywiście istnieją...  Potrzeba tylko trochę odwagi!


"Był to układ, który zawarłam sama ze sobą wiele miesięcy wcześniej, i jedyna rzecz, która pozwalała mi samotnie podróżować. Wiedziałam, ze jeśli pozwolę, by opanował mnie strach, moja podróż będzie skazana na porażkę. Strach w znacznym stopniu rodzi się z tego, co sami sobie wmówimy. Postanowiłam zatem wmówić sobie coś innego, niż zwykle opowiada się kobietom. Zdecydowałam, że jestem bezpieczna. Jestem silna. Jestem dzielna. Nic mnie nie pokona".


Ten cytat przyczepiłam sobie nad biurkiem. Ma siłę - przypomina mi, że tak na prawdę nikt nas nie zna i nie ma prawa oceniać. Sami kreujemy naszą przyszłość, to my decydujemy, czy paraliżuje nas wyimaginowany strach, bo tak nam wmawiano, czy też wstajemy i idziemy dalej, w nasze życie,  wierząc w wewnętrzną siłę. Trzeba uwolnić się od stereotypowego myślenia, wyłączyć na chwilę telewizor, zostawić w domu telefon, odwołać spotkania ze znajomymi, potem zwyczajnie "wyjść", "odejść na bok" i posłuchać siebie. Nie musi to być wielka wyprawa, czasem wystarczy krótki spacer, chwila w wannie, kawa, czy spokojne spędzenie czasu na z pozoru błahych sprawach. Ale potrzebna jest odrobina samotności, tej zewnętrznej i tej wewnętrznej. Bo jaki mamy wybór stojąc na rozdrożu?

"Były tylko dwa wyjścia, właściwie takie same. Mogłam wrócić tam skąd przyszłam, lub iść, dokąd zamierzałam dojść"

"Musiałam zaryzykować i pójść tam, gdzie jeszcze nie byłam"

Jak już pisałam, żeby znaleźć i usłyszeć siebie potrzebna jest samotność. Dziś trudno o nią, bo prawie nigdy nie jesteśmy zupełnie sami, a już na pewno nie na długo. Cywilizacja, tempo życia, wyścig szczurów, pogoń za pieniędzmi - to dzisiejsze realia życia.Szybko można wpaść w pułapkę...

"Samotność zawsze wydawał mi się realnym miejscem, jakby nie był to stan ducha, tylko pomieszczenie, w którym mogłam się skryć i być tam sobą. Radykalna samotność PCT zmieniła to odczucie. Samotność nie była już pomieszczeniem, lecz całym światem. Teraz byłam samotna w tym świecie (...)"

 "To w pustce rodzą się różne rzeczy, tam się zaczynają. Pomyśl tylko o tym, jak czarne dziury chłoną energię, a potem dają jej upust w nowej, ożywionej formie"

Czytając książkę Cheryl Strayed jeszcze raz upewniłam się, że warto wybrać się w drogę, by poszukać prawdziwej siebie. Odejść na chwilę od tego wszystkiego, czym żyją inni, aby usłyszeć własne wnętrze, zmierzyć się ze sobą, z przeszłością i przyszłością, oswoić lęki i znaleźć odwagę. Ta droga wiedzie nas przez pustynie i góry, często brak nam sił, umieramy z pragnienia, powoli rozstajemy się z dotąd niezbędnymi rzeczami - pogonią za newsami, TV, internetem, telefonem, a potem ... nareszcie dostrzegamy ludzi, którzy bezinteresownie nam pomagają, sami pomagamy, i... idziemy dalej - krok za krokiem, każdego dnia na nowo, przed siebie. Droga w głąb siebie uczy pokory i szacunku, można zdystansować się od tego, co na co dzień zaprząta nam głowę i sprawia, że nie widzimy rzeczy istotnych.  Ja pisałam we wstępie - książka wstrząsnęła moim małym światem. W wirze codziennych wydarzeń zapomniałam, że najważniejsza jest wewnętrzna równowaga, spokój i chwile dla siebie. Nie warto brać udział w wyścigu po pieniądze, sławę czy uznanie, warto robić to, co daje nam radość i spełnienie. Czasem trzeba odejść na pustynię, zrobić coś szalonego, nawet, gdy znajomi przekonują nas, ze popełniamy błąd, bo nie żyjemy jak "wszyscy inni".


Warto być sobą i iść własną drogą!!!



Cheryl Strayed podczas wyprawy (www.cherylstrayed.com)


"Choć niepewnie podążałam naprzód, czułam, ze robię słusznie, jakby sam wysiłek coś oznaczał. że być może przebywanie pośród nienaruszonego piękna dzikiej krainy oznaczało, że ja też mogę powrócić do stanu czystości, bez względu na to, co straciłam i co mi odebrano. Bez względu na to, co zrobiłam innym czy sobie, a także na to, co niestety mnie wyrządzono".




LINKI


Anna M.
eioba

"Paryż mój słodki" Amy Thomas






Autor: Amy Thomas
Wydawnictwo: Wydawnictwo Pascal
Rok wydania: 2013

Tytuł oryginału: Paris, My Sweet.
Ilość stron: 336
Moja ocena:  4+/6
jedyny minus - brak możliwości zjedzenia książki ;)





Zwykły dzień belfra... szkolna codzienność, czyli praca, stres, małe radości, duże radości, spotkania, rozmowy na korytarzu, wszystko "w biegu", przerwy, lekcje - życie odmierzane dzwonkami... Dziś wyszłam ze szkoły o 17.45, choć według oficjalnego planu mam "tylko" 3 lekcje. No cóż... i tak nie przekonam społeczeństwa, że nie leniuchuje w pracy i nie biorę pieniędzy za darmo... Nie mam nawet takiej potrzeby. Ale uwaga - pierwszy raz naszej grupie teatralnej udało się zagrać na próbie całe przedstawienie "Piotruś Pan"!!!! Jeszcze kilka prób i możemy zabrać się za robienie scenografii :) Pomijając drobną wiadomość "z ostatniej chwili", że Piotruś Pan złamał nogę i musiałam zrobić nowy casting... Ale wszystko pod kontrolą - powiedzmy... Ale kocham to, kocham moje dzieciaki :)

Wracając do domu, przechodziłam obok piekarni.... zatrzymałam się... Zmęczona postanowiłam wejść do środka (bo jakbym mogła sobie podarować, to do mnie nie podobne - przejść OBOK piekarni) Często mam wrażenie, że Bóg wiedział, co robi nie dając mi zmysłu węchu i smaku, bo byłabym groźniejsza od Gordona Ramsay'a...  No, ale wróćmy do piekarni... Dziesięć wspaniałych minut wpatrywania się w pyszności za szklaną szybą i wyszłam z... bagietką.... Niestety daleko jej do tej, jakie jadałam we Francji, ale trudno... Potem przechodziłam jeszcze OBOK sklepu z serami... i tu wyszłam z serem pleśniowych (Lazur błękitny - tradycyjny ser typu Roquefort) -tym razem dziękuję Bogu, że nie mam węchu.. :) A na koniec jeszcze "odwiedziłam" cukiernie, bo z wystawy uśmiechały się do mnie kolorowe makaroniki... dokładnie takie same jak na okładce książki...


No właśnie - to wszystko dlatego, że czytam książkę Amy Thomas: "Paryż mój słodki". Kupiłam ją, ponieważ, gdy ją zobaczyłam w księgarni, przypomniałam sobie moje przygody w Paryżu... Pisałam już wcześniej trochę o tym "zawirowaniu" w moim monotonnym życiu singielki (zobacz tutaj). 


moja dzisiejsza "zdobycz"
Amy jest też singielką (ciekawe dlaczego ciągle trafiam na takie bohaterki-autorki?), niepoprawnie zakochaną (od rozwodu rodziców) w czekoladkach, muffinkach, babeczkach, torcikach, tartinkach, czyli we wszystkim, co słodkie i przekraczające 500 kcal w jednym kęsie. W Nowym Jorku zostawiła pracę - pisała o jedzeniu, była autorką bloga "Słodka Idiotka". W Paryżu ma nową pracę - pisze o... jedzeniu! Inny powód przeprowadzki na drugi koniec świata?  Może też, aby jeść przysmaki kuchni francuskiej, no i oczywiście być usprawiedliwioną z tego powodu, bo przecież praca, i zupełnie bezkarną, no i aby od tego wszystkiego nie przytyć? Tak na marginesie, to zawsze zastanawiałam się jak Francuski to robią, że są takie szczupłe, choć przyznam, że podczas mojego pobytu we Francji schudłam do 57 kg, co już nigdy później mi się nie udało, ale nie tracę nadziei. Oczywiście w internecie odnalazłam zdjęcie Autorki i faktycznie, wygląda jak bagietka i wierzcie mi - jest to komplement... Znalazłam nawet jej blog "God, I love Paris" .


Dla mnie ta książka jest szczególna, nie tylko przypomniała mi Paryż i moje szalone przygody... ale pierwszy raz od roku wzięłam dziś do ręki podręcznik do francuskiego i zaczęłam zgłębiać tajniki znienawidzonego passé composé. Na nowo zapragnęłam mówić po francusku, przypomniałam sobie poranki w Ogrodzie Luksemburskim i wieczory na Montmartre. Doskonale pamiętam moją "walkę" z owocami morza i moje wpadki językowe, które powodowały uśmiechy na twarzach zawsze poważnych Paryżan. Rozmarzyłam się. Nawet sprawdziłam sobie w internecie ceny hosteli w Paryżu i zrobiłam plan ewentualnej wyprawy wakacyjnej, oczywiście śladami bohaterek książek (tych o jedzeniu, bo romansów raczej nie przewiduję, zwłaszcza z Francuzami w roli głównej).

Zrobiłam sobie  pyszną kolację (bagietka nie przeżyła do jutrzejszego śniadania, ser owszem, jeszcze poleży w lodówce, o ile sam z niej nie wyjdzie ;), zaparzyłam świeżo zmieloną kawę, włączyłam muzykę z "Amelii" i czytam dalej o przygodach Amy w Mieście Świateł... A makaroniki jutro zaniosę do szkoły i poczęstuję koleżanki...  Ja zamierzam w wakacje wyglądać jak... bagietka... :)


prezent dla koleżanek



Anna M.
wracam do baguette avec du fromage... ;)

P.S. Polecam słodko cukiernie Józef Wilk w Krakowie na Salwatorze... 

(ciekawy opis cukierni :):):) po angielsku :):):) - kliknij tutaj :)



Belfer na wakacjach :)

3 lipca 2022 r.  _______________________________________________ Postanowiłam zreanimować starego bloga czytelniczego i tchnąć w niego troch...