Niedzielny poranek (no nie taki już ranek, ale co tam - są wakacje), pachnąca kawa (szkoda, że nie czuję zapachu), audycja Beaty Pawlikowskiej w radiu i... przemyślenia po wczorajszym filmie "Masz wiadomość".
Widziałam go chyba ze 20 razy, historia jest banalna i jak na komedie romantyczną - nawet zabawna. Ale nie o tym chcę pisać, mnie zaciekawił bohater drugoplanowy - KSIĄŻKI.
Otóż Kathleen prowadzi w Nowym Jorku małą księgarnie dla dzieci. To coś więcej niż zwykły sklep, Kathleen jest zafascynowana książkami, które są całym jej światem. Zna wszystkich klientów, często czyta dzieciom bajki, świetnie orientuje się w literaturze dziecięcej, wie, co każde dziecko polubi i wprowadza maluchy w świat wyobraźni bez granic. Jej księgarnia pachnie nie tylko książkami, ale i ciepłem, spokojem i rodzinną atmosferą. Kathleen przyjaźni się ze swoimi pracownikami (jest ich aż troje), a sprzedaż książek to coś więcej niż biznes - to pamięć o matce, która zostawiła jej mały sklep "Za rogiem".
Natomiast Joe to bogaty spadkobierca rodzinnej firmy - wielkiej sieci ekskluzywnych księgarni. Jego ekscentryczni ojciec i dziadek specjalizują się w bezlitosnym wypychaniu z rynku małych sklepików i następnie wykupowaniu ich. Książki są dla nich jedynie biznesem, zatrudniają mnóstwo ludzi, którzy jednak mają mało wspólnego z czytaniem.
Kathleen i Joe spotykają się anonimowo w internecie i zaczynają pisać do siebie e-maile, zaprzyjaźniają się i z czasem zakochują w sobie, nie wiedząc, że w realnym świecie nienawidzą siebie i są swoimi śmiertelnymi wrogami. Jak już pisałam historia jest banalna, ale zapach książek i atmosfera w sklepiku "Za rogiem" urzeka mnie tyle razy, ile razy oglądam ten film. Kathleen, która prowadzi księgarnie z tradycjami, która sprawia, że jest tam przytulnie jak w domu, i która wreszcie dzieli się tym co kocha, jest moim niedościgłym wzorem, choć jest fikcyjną postacią.
Moja mama i brat często żartują, że ja na emeryturze to chyba będę miała bibliotekę w domu. Lubię otaczać się książkami, kocham widok poustawianych ich równo na półkach. Często je przekładam, a jak mam naprawdę zły dzień, przestawiam całe półki i mebluję dom na nowo.
Mam też małe marzenie - stworzyć cały pokój pełen pięknie wydanych książek, taką prawdziwą bibliotekę w jednym z pokoi. Byłyby tam stare ciężkie regały, masywne biurko, wielki fotel i maleńki stolik na kawę.... Przez ogromne okno wpadałoby mnóstwo światła, a między książkami pięłyby się zielone listki kwiatów zwisających z półek... Na podłodze z prawdziwego drewna leżałby kosmaty dywanik, żeby można było na boso "biegać" od fotel do regału i szukać przygód w świecie literackiej fikcji... Takie mam marzenie... Stary dom na wsi już mam, pokój z wielkim oknem też... książek też mam coraz więcej, cześć już w kartonach, bo nie mieszczą się na moich małych regałach z Ikei w moim małym, wynajmowanym pokoiku na 12 piętrze. Czas pokaże, co z resztą mojego marzenia.
Mam też drugie marzenie - chciałabym mieć własną księgarnie....
Co u mnie? No cóż, nadal chora... ale już bez temperatury :) No i kolejny postęp - przestała mnie boleć głowa i nareszcie mogę myśleć :) Leżę w łóżku grzecznie, jem, śpię, kaszle, stos chusteczek, jeszcze 4 dni na antybiotyku, zapas żywności w lodówce, rosołek, owoce i herbatka z cytryną, choć nie lubię. Ale muszę się ostatecznie i definitywnie wyleczyć! Taki mam odważny plan :) Za oknem prawie wiosna, a ja uwięziona w pokoju na 12 piętrze! Trudno... Jeszcze przyjdą lepsze dni :)
"Girl, Interrupted" Susanna Kaysen. Książka przeczytana poza planem... ale z potrzeby serca.
Susanna Kaysen
Oglądałam kiedyś film "Przerwana lekcja muzyki". Powstał on w 1999 roku na podstawie dziennika-pamiętnika Susanny Kaysen. Zafascynowała mnie wtedy postać Lisy - obłąkanej nastolatki, która w swym szaleństwie była bardziej normalna niż każdy z nas. No i znakomita rola Angeliny Jolie - która była tak przekonująca jako Lisa, że juz na zawsze w mojej pamięci zostanie związana z ta rolą. Zaciekawił mnie obraz choroby i postrzegania siebie przez pacjentów szpitala psychiatrycznego. Może dlatego, że kiedyś jako wolontariuszka pracowałam w szpitalu psychiatrycznym, co prawda tylko sprzątałam, ale mogłam zobaczyć, co się tam dzieje. Zawsze interesowała mnie psychologia i ludzki umysł. Jak zatem czuje się osoba chora? Czy ludzki umysł może nas okłamywać? Czy świat, w którym żyjemy i funkcjonujemy jest realny? Czy można zaufać komuś, kto twierdzi, że nie mamy racji? Czy nasza wrażliwość może nas zgubić?
Autorka książki, Susanna Kaysen, w latach 1967-1969 sama była pacjentką szpitala McLean w Belmont.
"Ludzie pytają: jak tam trafiłaś? W rzeczywistości chcą wiedzieć, czy ich może spotkać to samo. Nie potrafię dać odpowiedzi na to ukryte pytanie. Mogę powiedzieć jedno: to nie jest trudne. Tak jak nietrudno jest ześlizgnąć się w objęcia wszechświata równoległego. Tyle ich jest wokół nas: świat obłąkańców, świat przestępców, świat niepełnosprawnych, świat konających, a może i świat zmarłych. Te światy istnieją równolegle obok naszego i są do niego podobne, ale nie są jego częścią. (...) We wszechświecie równoległym prawa fizyki zostają zawieszone. Co leci w górę, niekoniecznie musi upaść, ciało w spoczynku wcale nie musi w spoczynku pozostawać, nie każda akcja wyzwala równorzędną i odwrotną reakcję. Również czas nie jest ten sam. Może pędzić w kółko, może płynąć wstecz, może też niepostrzeżenie przemknąć od teraz do kiedyś. Sama struktura molekularna ciała stałego jest bardzo płynna: stoły mogą się stać zegarami, twarzami albo kwiatami. Jednak o tym wszystkim dowiadujesz się później. Jeszcze jedną przedziwną cechą wszechświata równoległego jest to, że choć z zewnątrz pozostaje niewidzialny, to kiedy już trafi się do jego wnętrza, ciągle widać świat, z którego się przybyło. Świat ten niekiedy wygląda groźnie i potężnie, trzęsie się jak olbrzymia góra gęstej galarety, ale czasami jest zminiaturyzowany i maleńki, kusząco błyszczy i wiruje po swojej orbicie. Jednak w żadnym z obu tych przypadków nie sposób go nie zauważać. Z każdej celi na Alcatraz widać przez okno San Francisco".
Susanna opisując swój pobyt na oddziale psychiatrycznym, nie ogranicza się tylko do relacjonowania przebiegu dnia. Mniej lub bardziej świadoma własnej choroby zaprasza czytelnika do swojego świata - do świata swoich koleżanek, do świata ludzi, którzy mocniej czują, więcej widzą, lepiej wiedzą i bardziej cierpią. Ale jedno jest pewne - są inteligentni. Jej spostrzeżenia są trafne, a opis "naszego" świata ludzi "zdrowych" może zasiać wątpliwość, po której stronie normalności jesteśmy. Absurdy życia codziennego w szpitalu są tak "absurdalne", że zaczynamy wierzyć, iż to Susanna ma racje. A jednak, czy to prawda? Czytając jej książkę zaczynamy się zastanawiać, jaka jest różnica między osobą chorą a zdrową? Czy jest to tylko adres zamieszkania? Czy to zaburzenie postrzegania rzeczywistości, nadmierne rozmyślanie, niewłaściwy obraz siebie, czy tylko braki serotoniny w mózgu?
"Dopóki postanawiałyśmy trwać w złym humorze, nie musiałyśmy chodzić do szkoły ani szukać sobie pracy. Właściwie mogłyśmy wykpić się od wszystkiego, z wyjątkiem jedzenia i przyjmowania lekarstw. W pewnym sensie byłyśmy wolne. Dotarłyśmy do kresu. Nie miałyśmy już nic do stracenia. Nasza prywatność, nasza godność, nasza wolność — byłyśmy tego wszystkiego pozbawione, byłyśmy obnażone do żywej kości swego jestestwa. Obnażone wymagałyśmy ochrony i szpital nas ochraniał. Oczywiście, to szpital pierwszy nas obnażył, ale jednocześnie podkreślił w ten sposób, że bierze na siebie obowiązek ochraniania nas. I szpital ten obowiązek wypełniał. Nasze rodziny wydawały na to wcale niemałe sumy pieniędzy: sześćdziesiąt dolarów dziennie (w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku) za sam pokój. Terapie, lekarstwa, konsultacje itd. opłacane były osobno. (...) Moja hospitalizacja pochłonęła równowartość kosztów studiów, których nie chciałam podjąć".
A rodzina, znajomi, życie sprzed choroby, świat poza murami szpitala?
"Czubek trochę przypomina osobę obarczoną obowiązkiem pełnienia roli reprezentacyjnej. Często szalona jest cała rodzina, ale ponieważ cała rodzina nie może iść do szpitala, wyznacza się na wariata jedną osobę, reprezentanta, który zostaje hospitalizowany. Potem, w zależności od tego, jak miewa się reszta rodziny, osoba ta albo jest trzymana na oddziale, albo wyciągana z powrotem do domu. W obu przypadkach rodzina stara się udowodnić coś na temat swego" stanu zdrowia psychicznego. Większość rodzin starała się dowieść jednej, tej samej tezy: my nie jesteśmy stuknięci, to nasz reprezentant jest stuknięty. Te rodziny opłacały przysyłane rachunki. Jednak niektóre rodziny usiłowały udowodnić, że nikt nie jest stuknięty, i właśnie one groziły nieustannie, że przestaną opłacać pobyt w szpitalu".
Autorka pisze również o piętnie, jakie niesie ze sobą pobyt w zamkniętym zakładzie. Niektórzy boją się osób z "taką" przeszłością, inni boją się siebie, że może ich spotkać to samo, jeszcze inni bali się "zarazić" chorobą. Czym zatem jest szaleństwo?
"miejsce, gdzie każde fałszywie odebrane wrażenie nosi wszelkie znamiona rzeczywistości".
Czy zatem każdy z nam nie jest w jakimś stopniu szalony? Mój znajomy zawsze mawiał, że najbardziej boi się ludzi, którzy twierdzą, że są normalni :) Może i coś w tym jest z prawdy...
I jeszcze jedna myśl:
Przerwana lekcja muzyki obraz Jana Vermeera, namalowany ok. 1658-61 r.
"Dziewczyna w czasie lekcji muzyki przebywa w innym świetle; kapryśnym, mrocznym, przygaszonym i posępnym świetle życia, dzięki któremu widzimy siebie i innych tylko w sposób niedoskonały. I bardzo rzadko".