Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

"Mój Egipt" Jarosław Kret

20.01.2019 r.




Grypa, wschód słońca i galaretka truskawkowa...
 





 Niedzielny zimowy wieczór, a ja? A ja jestem znów chora... Kocyk, herbatka z miodzikiem i cytrynką, stos chusteczek i syropek na kaszel... i kolejny rodzaj antybiotyków :( Dużo śpię, a moje poczucie czasu dnia i nocy kompletnie zostało zaburzone.

      Ale czytam sobie o Egipcie. Przyznaję, że nie jestem fanką książek podróżniczych. Nie jestem typem kogoś, kto lubi zwiedzać. Będąc pierwszy raz w Paryżu obiecałam sobie, ze jednego dnia "zrobię" standardowy pakiet minimum i "zaliczę" wszystkie zabytki: Łuk Triumfalny, Wieża Eiffla, Père-Lachaise, Katedra Notre Dame,  Louvre, Sorbona, Panteon, Plac Bastylii,  Sacré-Cœur. Potem lubiłam włóczyć się małymi uliczkami i rozmawiać z ludźmi, poznawać kulturę. Taki ze mnie miłośnik zabytków...

     No ale wróćmy do mojej ostatniej lektury - tej o Egipcie. Ach jeszcze do jednej rzeczy muszę się przyznać - sięgnęłam po książkę "Mój Egipt" tylko dlatego, że autorem jest Jarosław Kret, czyli pan od pogody. Pamiętam jeszcze z zamierzchłych czasów moich studiów, kiedy to prawie każdego ranka Pan Jarek Kret budził mnie swoim słynnym "świt dobry" w "Kawie czy herbacie". No i dzięki jego optymizmowi, że mimo niekorzystnego frontu atmosferycznego, który akurat dziś nadciąga nad Poznań, warto jednak wstać.... bo będzie pięknie padało. 

    Taka tez jest i książka "Mój Egipt"... :) Nie mogłam przestać czytać o przygodach młodego, nikomu jeszcze nie znanego stypendysty w Kairze. Absurdy biurokracji, cierpliwość miejscowych, klimat i kuchnia doprowadzały mnie to do śmiechu to znów do łez ... ze śmiechu oczywiście.

    Rozbawił mnie kairski policjant, który stoi sobie przy drodze i wystawia mandaty bez zatrzymywania winowajcy. Taki mandat przychodzi później do domu i trzeba go grzecznie zapłacić. A u nas? Afera z fotoradarami. Absurd! Również nasze urzędniczki nie są najgorsze na świecie, bo przecież można coś załatwić w ZUS-ie. A w Egipcie? Oj nie da się, bo ciągle odsyłają nas od okienka z magicznym słowem "bukra". Jeśli chcecie się dowiedzieć, co ono oznacza, zapraszam do lektury... Autor również obala mit tradycji targowania się i z dużą dozą humoru opisuje targ wielbłądów. 

    Jednak najbardziej zachwyciłam się o wspinaczce na Górę Synaj. Dzięki Jarosławowi Kretowi prawie wyobraziłam sobie zachwycający wschód słońca na Synaju. Co prawda już kilka razy słyszałam o tym zapierającym dech w piersiach zjawisku, ale dopiero tym razem moja wyobraźnia rozbłysła barwami pustyni.

"Obracamy się plecami do księżyca, opieramy o murek.  Za parę chwil rozpocznie się spektakl natury. (...) Przed moimi oczami zaczyna się rozgrywać jedna z najfantastyczniejszych scen, jakie mogła wykreować Matka Natura. Przedstawienie się zaczęło. Za moimi plecami złoci się księżyc, a przede mną  ciemnogranatowe rozgwieżdżone niebo powoli zmienia kolory: z granatu poprzez różne, nigdy przeze mnie nie widziane w naturze odcienie fioletu, aż po krwista czerwień. To niesamowite zjawisko zapiera dech w piersiach wszystkich patrzących. Nastaje chwila ciszy, po czym powoli z ust obserwatorów dobywają się spontaniczne jęki zachwytu. A niebo odgrywa dalej swój kolorowy spektakl. (...) A nad tymi kamiennymi falami niebo płonie".

     Więcej o wschodzie słońca nie napisze, żeby nie psuć wam zabawy czytania i wyobrażania sobie świata. Ale wspomnę jeszcze o jednym - o kuchni. To właśnie rozdział o słodyczach powalił mnie na kolana i to dosłownie. Czytając o słodkościach nie mogłam tego tak zostawić... To tak, jakby alkoholikowi dać w prezencie książkę, której akcja dzieje się w winnicy... A zatem przeszukałam wszystkie zakamarki w domu i najciemniejsze szafki. Niestety znam siebie i wiedziałam, że prędzej czy później tak się stanie, więc mój dom pod względem cukru jest sterylny (czego nie mogę powiedzieć o kurzu). Ale... znalazłam galaretkę i oczywiście zaraz ją ugotowałam :) zanim schłodziła się w lodówce zdążyłam przespać się trochę, wyrzuciłam tuzin zużytych chusteczek, połknęłam garść tabletek, które mają mnie wyleczyć, a wiem tylko, że kosztowały majątek. A potem zrobiłam sobie kawę, wyjęłam galaretkę z lodówki, wyobraziłam sobie, że to egipski smakołyk i zapomniałam o całym świecie, o chorobie, o zimie. A na końcu książki znalazłam przepyszne przepisy. Teraz mam motywacje, żeby wyzdrowieć, iść na zakupy i poeksperymentować. A tymczasem idę zrobić sobie kolejną gorącą herbatkę z miodzikiem i kakao na potem... :)


Anna M.



"Blondynka w Londynie" Beata Pawlikowska




autor: Beata Pawlikowska

tytuł: "Blondynka w Londynie"


wydawnictwo: G+J Książki
data wydania:   19 czerwca 2013
liczba stron: 200

moja ocena: 6 / 6







Beata nigdy mnie nie rozczarowuje. Ona mnie inspiruje.... Mogłabym czytać jej książki, blog i żółte karteczki codziennie, i przyznam się bez bicia, że to robię. Czytam, czytam i zastanawiam się, jak to wszystko, o czym pisze Beata, zrealizować. Wiele razy wspominałam, że filozofia Beaty inspiruje mnie do zmian we własnym życiu. Dlaczego? Czytałam już wiele poradników, słuchałam spikerów motywacyjnych i zastanawiałam się, ile zarabiają na nabieraniu ludzi. Przecież każdy może napisać kilka sloganów i je opublikować. Ale Beata jest autentyczna, ona pisze, bo sama to wszystko przeżyła, sama znalazła drogę do szczęścia, opracowała własny system autoterapii, poszukała siebie i nauczyła się siebie kochać i akceptować. Zajęło jej to 20 lat. Książka jest tego świadectwem.

"Dwadzieścia lat temu pracowałam w Londynie (nielegalnie) jako sprzątaczka w hotelu. Dwadzieścia lat później wracam do Londynu na specjalne zaproszenie Komitetu Igrzysk Olimpijskich"


Zazdroszczę jej czasami... Ma wszystko, o czym marzyła, pisze i wydaje książki, podróżuje, pokonała swoje ograniczenia, pogodziła się z przeszłością, wyleczyła się z anoreksji, bulimii i innych uzależnień. Jest silną i piękną kobietą, jest niezależna, wie, czego chce i jednocześnie potrafi osiągnąć zamierzone cele. Jest szczęśliwa, mimo, że na forach internetowych nie piszą o niej pochlebnie. Nie przejmuje się opinią innych ludzi, a ich akceptacja lub jej brak nie mają wpływu na jej samoocenę. 


Przeczytałam wszystkie jej książki, przestudiowałam po kilka razy każde zdanie, próbowałam zrozumieć, jaki jest klucz do szczęścia i gdzie znaleźć drzwi, które otwiera?  Zapewne się powtarzam, ale nie raz tylko na tej "zazdrości" się kończyło, no może jeszcze zrobiłam plan "naprawy" swojego życia i na tym również koniec. Myślę, że potrzeba dużej odwagi i determinacji, aby uwierzyć w siebie i zaufać sobie. Beacie zajęło to 20 lat... 


Wczoraj kończąc czytać jej książkę zadałam sobie wiele pytań, często jeszcze bez odpowiedzi.... Czy zatem warto się starać, by odnaleźć drogę? Ile jeszcze razy muszę schudnąć, by zaakceptować siebie? Ile razy się zakochać nie w tym facecie, by ten właściwy mnie pokochał? Ile razy muszę się rozchorować na zapalenie oskrzeli, żeby następnym razem z katarem odwiedzić lekarza? Czy warto tak długo szukać szczęścia? 20 lat to kawał czasu... 

 Beata pisze: 
"Tym właśnie zajmowałam się przez te dwadzieścia lat. Przyznawaniem się do prawdy przed samą sobą. Szukaniem własnej drogi, a potem uczeniem się życia na nowo. Teraz wracam jako zupełnie inna osoba. Teraz jestem tym wszystkim, kim wtedy chciałam być. Zaprzyjaźniona ze sobą i szczęśliwa".

Ja szukam już 13 lat  i każdego dnia jestem coraz bardziej szczęśliwa, coraz bardziej radosna i coraz częściej już wiem, czego chcę... Częściowo dzięki Beacie... Nie jest to droga usłana różami, czasem się mylę, czasem nawet spektakularnie... ale potem "wracam na kurs"... Beata już zawsze będzie moją najlepszą przyjaciółką a jej książki będą dodawały mi otuchy... 



Anna M.


"Nie muszę zgadzać się na bierne życie po szerokiej wytyczonej drodze. Mogę stworzyć własny świat. Znaleźć własną ścieżkę.
Ciężko pracuj.
Bądź uczciwy.
Podążaj za swoją pasją.
Odważnie buduj swoje marzenia. 
Nie szukaj tanich i szybkich rozwiązań. Szukaj skutecznych. 

To kim jesteś, zależy od ciebie.
Nie szukaj ludzi ani miejsc, które nadadzą ci sens. 
Swój sens musisz znaleźć w sobie"
                                                                             Beata Pawlikowska




mój tekst znajdziesz również na CZYTADELA - PROFESJONALNE RECENZJE KSIĄŻEK !





"Alaska. Świat według reportera" Piotr Kraśko


autor: Piotr Kraśko

tytuł oryginału: Alaska. Świat według reportera.


wydawnictwo:  G+J RBA
data wydania:   26 stycznia 2011
liczba stron: 160

moja ocena: 5 / 6





Pamiętacie serial "Przystanek Alaska"? Byłam nastolatką, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam w telewizji Alaskę, jak się potem okazało Kanadę, bo serial nie widział Alaski, tak jak ja Izraela... Ale to wystarczyło, żeby się zakochać w "klimacie". Od tego czasu widziałam wiele filmów i czytałam wiele książek o Alasce (m.im. niezapomniana historia "Wszystko za życie"), a ostatnio śledzę serial "Przetrwać na Alasce" emitowany w  National Geographic Channel.  


Gdy wzięłam do ręki książkę Piotra Kraśki poczułam dawny dreszcz emocji i fascynacji tą krainą lodu. Kocham zimę, lubię samotność, zawsze byłam typem chłopczycy i bliżej mi do trapera niż do typu "sukienka plus dodatki". A biorąc pod uwagę moje "uczulenie" na słońce i alergię na wszelkie pyłki, myślę, że mogłabym tam zamieszkać na stałe. 



Autor, no dobra, boski Piotr Kraśko, którego zwyczajnie kocham, podobnie jak Alaskę, opisuje swoją przygodę na tym lądzie w formie krótkich reportaży. To nie tylko spotkanie z przyrodą, niską temperatura, ale przede wszystkim z  ludźmi, ponoć najbardziej serdecznymi z mieszkańców całej Ziemi. Dodatkowo, jak to Kraśko, w książce pełno jest anegdot, zabawnych historyjek i ciekawostek. Czytając te krótkie opowiadania, miałam wrażenie, że jestem w centrum Alaski i razem z ekipą zastanawiam się dlaczego jest tak zimno... gdzie te renifery, czy szmer w lesie to grizli, albo dlaczego na parkingu wszystkie samochody mają uruchomione silniki i kluczyki w stacyjce?





Podsumowując:



"Jeśli ktoś wyobraża sobie, że życie tam wygląda jak w legendarnym serialu "Przystanek Alaska", kiedy dotrze na miejsce, będzie zaskoczony z dwóch powodów. Po pierwsze serial kręcono w Kanadzie, więc nie było w nim ani jednego autentycznego alaskiego pleneru, po drugie na Alasce jest jeszcze lepiej. Kraina jest jeszcze piękniejsza, łosi, pstrągów i niedźwiedzi jest jeszcze więcej, a barwy o wiele lepsze niż te serialowe. A w dodatku wszyscy mieszkańcy zwolnieni są z płacenia podatku dochodowego. Mało tego - stan nie tylko im nie zabiera, ale nawet wypłaca co roku spore pieniądze tylko dlatego, że tam mieszkają".


To jedno z moich marzeń, niestety najbardziej kosztowne, stanąć stopami na Alasce, poczuć mroźny wiatr i zobaczyć zorzę w bezsenną noc. Chciałabym spróbować lokalnych potraw, założyć ciepłą kurtkę przy -40 stopniach i tropić łosie... Być może Kiedyś uda mi się wyjechać, najpierw do Izraela a potem na Alaskę. Zawsze jednak mogę włączyć kolejny odcinek Przystanku Alaska, biorę wielki kubek gorącej kawy i śledzę zwariowane losy nie mniej zwariowanych bohaterów.  A "Chris i Poranku".... to już zupełnie inny rozdział na zupełnie inny wpis... Zdradzę tylko, że to była moja pierwsza miłość!


Jeszcze napiszę o Alasce, niebawem...


Anna M.



"Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie" Szymon Hołownia




 autor: Szymon Hołownia

wydawnictwo: Znak
data wydania: 7 listopada 2012
liczba stron: 352
moja ocena:  6 ! / 6




OD WYDAWCY:  "Miłośnik egzotycznych lotnisk i najgorszych hoteli Szymon Hołownia – przemierzył setki tysięcy kilometrów, aby odkryć dla nas chrześcijaństwo na nowo.

Kardynał Maradiaga, kandydat na papieża, pilotował dla niego śmigłowiec w Hondurasie. Od księdza komandora US Navy na Guam dowiedział się, że w amerykańskiej armii też można zostać świętym. Miejsca spotkania z koptyjką Mariam nie ujawni nigdy – w Egipcie wydano na nią wyrok śmierci za porzucenie islamu. Dotknij chrześcijaństwa w jego niezwykłej różnorodności. Poczuj się częścią wspaniałej wspólnoty, żywej 24h na dobę. Złotówka ze sprzedaży każdego egzemplarza książki zostanie przeznaczona na sierociniec Kasisi Children’s Home w Zambii".

źródło opisu: Znak, 2012

źródło okładki: www.znak.com.pl



Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę pisała na tematy religii, ale trudno, widocznie przyszedł na to czas. I wcale nie chodzi o pracę, bo codziennie przez kilka godzin opowiadam o Bogu. Mój wielki mentor powiedział mi kiedyś, że jeśli zajmujesz się "zawodowo" religią, to możesz stracić jej sens z oczu i nawet nie zauważyć, kiedy stałeś się praktycznie niewierzący. Trudno po pracy zajmować się tym samym i przynajmniej nie mieć tego serdecznie dosyć... Chyba, że to pasja życia.... wtedy religia nigdy nie staje się tylko pracą... Jest właśnie takim 24h ...

Ja zawsze wracam do Biblii, a dla przyjemności czytam książki Szymona Hołowni. Dlaczego Hołownia? Hmmm, jego pierwszą książkę przeczytałam jeszcze na studiach i odnalazłam w jego sposobie patrzenia na Kościół również moją wizję Wspólnoty... A potem były spotkania autorskie, kolejne książki, audycje, blog, religia.tv, a teraz STACJA7... Miło posłuchać pozytywnie zakręconego chrześcijanina, który wie, o czym mówi, i o co w tym wszystkim chodzi ;)

"Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie" to książka dla mnie wyjątkowa i zakręcona, jak sam autor, ale dająca świeży powiew i nadzieję. Hołownia bowiem spakował walizkę i postanowił odwiedzić "rodzinę", czyli sprawdzić, co słychać u innych chrześcijan w świecie. Dlaczego? Jak sam mówi, żeby przewietrzyć trochę swoje spojrzenie na Kościół i pozbyć się duchoty naszych polskich sporów. Zwyczajnie - życie w czterech ścianach naszego grajdołka strasznie męczy...


Mnie również to męczy i czasem mi tu "duszno". Nie miejsce i czas na opisywanie szczegółów, ale rozumiem doskonale potrzebę zyskania nowej perspektywy powszechności Kościoła. Bardzo często zamykamy się w naszym małym światku i myślimy, że to już wszystko i wszyscy. A chrześcijaństwo to przygoda i wyzwanie. Świat jest pełen wspaniałych ludzi, niezwykłych chrześcijan, którzy żyją prawdziwą wiarą, a nie tylko pustym narzekaniem na to, czy tamto. Zapominamy, że na drugim końcu świata żyją nasi "krewni", którzy mają swoje problemy, ale może którzy również chcą nas poznać? Filipiny, Papua Nowa Gwinea, Australia, Guam, Turkmenistan i Honduras - tam też żyją chrześcijanie, a to oznacza, że z jednej strony nie jestem "pępkiem świata", ale z drugiej - nie jestem sama!  Muszę więc sobie zadać kilka pytań... Czy coś o nich wiem? Czy oni wiedzą o moim istnieniu? Co to znaczy, że Kościół jest rodziną, skoro się nie znamy? Czy możemy sobie wzajemnie pomóc?





Postanowiłam i ja udać się w podróż, by poznać moich "krewnych"... Spokojnie, nie stać mnie póki co na bilet nawet do Izraela, ale od czego mamy Internet! Od dłuższego czasu szukam rozwiązania pewnej trudnej i ważnej dla mnie osobiście sprawy..., a niestety najbliżsi znajomi "zamilkli"... Postanowiłam jednak i tym razem posłuchać kogoś bardziej doświadczonego duchowo ode mnie (czyli Hołowni) i... jeśli "lokalni chrześcijanie" mają ważniejsze sprawy na głowie, niż się spotkać i pogadać, to napisałam z prośbą o pomoc do Kościoła w... Papui Nowej Gwinei i... ODPISALI...  To zmienia zupełnie perspektywę...


Anna M.
P.S. Muszę podszkolić się z angielskiego...

God, I love Paris - Amy Thomas

et moi....   bien sûr, aussi  !  
( i ja oczywiście - też)


        Paryż.... Przyznam szczerze, że podobnie jak Amy Thomas, ja również zakochałam się w tym mieście od pierwszego wejrzenia. Nigdy w życiu nie powiedziałabym, że nawet polubię Francję. Nigdy nie planowałam nawet wakacji w tym kraju. Zawsze chciałam wyjechać na Bliski Wschód i nadal o tym obsesyjnie marzę. Dlaczego zatem wylądowałam en France? Przypadek... Zwyczajny przypadek, moja praca związana z dialogiem międzyreligijnym sprawiła, że na 2 lata związałam się z środowiskiem ludzi mówiących po francusku, myślących po francusku i co więcej - mieszkających i pracujących głównie we Francji. Z tego też powodu, często tam u nich gościłam... Przypadek... Ale, jak widać, zauroczenie nie wybiera... Choć i tak czekam, na szaloną miłość pt: IZRAEL.

Ale wróćmy do kraju sera i wina... Pamiętam, że był lipcowy poranek, a właściwie gorący świt, kiedy po 23 godzinach wysiadłam z autokaru na Place de la Concorde i pierwsze promienie słońca zaczarowały Pola Elizejskie... Pamiętam pierwszą cukiernie... i pierwsze zgubienie drogi w wąskich brukowanych uliczkach....

la vie est belle

Książka Amy Thomas i jej blog obudziły wspomnienia. Przez dwa lata zwiedziłam Francję, nauczyłam się języka, poznałam ludzi, kulturę. Nie byłam turystką, ale mieszkałam w małych miejscowościach, pracowałam, wieczorami wychodziłam na spacer, do cukierni. Nawiązałam przyjaźnie i choć teraz jesteśmy rozrzuceni po świecie, to nadal mamy kontakt mailowy (niestety mój francuski w pisowni nadal pozostawia wiele do życzenia).
     
Postanowiłam zatem wrócić do nauki francuskiego. Ostatnio nawet zdjęłam z półki książki kucharskie i zaczęłam przygotowywać dania kuchni francuskiej. Życie to coś więcej, niż tylko praca i praca... We Francji nauczyłam się, że ważna jestem również ja, moje marzenia, ambicje, małe radości... Czasem warto poleniuchować, iść na spacer, poczytać, a czasem trzeba pracować w szalonym tempie bez chwili wytchnienia. No i nie ma rzeczy niemożliwych, skoro nawet taki matoł językowy jak ja, zdołał w stopniu podstawowym opanować język francuski (mój dyrektor liceum mawiał: "Matysiak, dla ciebie zawsze będzie istniał tylko jeden język obcy do doskonalenia do końca życia - to nadal języki polski').

A i jeszcze jedno ;) Praca z dziećmi sprawia, że żyję, zrozumiałam to, gdy mieszkałam w Krakowie i rozpaczliwie szukałam zajęcia związanego z dzieciakami... To też jedno z odkryć, jakie dała mi Francja... Paradoksalnie dopiero wyjazd daleko stąd sprawił, że zrozumiałam, że właśnie tu, w Poznaniu, wśród dzieciaków, jest moje miejsce :)

A to już mój eksperymentalny powrót do gotowania... w mojej petite cuisine, maleńkiej kuchni na 12 piętrze...!!!   


moja tarta ze szpinakiem i serem feta


Anna M.

"Paryż mój słodki" Amy Thomas






Autor: Amy Thomas
Wydawnictwo: Wydawnictwo Pascal
Rok wydania: 2013

Tytuł oryginału: Paris, My Sweet.
Ilość stron: 336
Moja ocena:  4+/6
jedyny minus - brak możliwości zjedzenia książki ;)





Zwykły dzień belfra... szkolna codzienność, czyli praca, stres, małe radości, duże radości, spotkania, rozmowy na korytarzu, wszystko "w biegu", przerwy, lekcje - życie odmierzane dzwonkami... Dziś wyszłam ze szkoły o 17.45, choć według oficjalnego planu mam "tylko" 3 lekcje. No cóż... i tak nie przekonam społeczeństwa, że nie leniuchuje w pracy i nie biorę pieniędzy za darmo... Nie mam nawet takiej potrzeby. Ale uwaga - pierwszy raz naszej grupie teatralnej udało się zagrać na próbie całe przedstawienie "Piotruś Pan"!!!! Jeszcze kilka prób i możemy zabrać się za robienie scenografii :) Pomijając drobną wiadomość "z ostatniej chwili", że Piotruś Pan złamał nogę i musiałam zrobić nowy casting... Ale wszystko pod kontrolą - powiedzmy... Ale kocham to, kocham moje dzieciaki :)

Wracając do domu, przechodziłam obok piekarni.... zatrzymałam się... Zmęczona postanowiłam wejść do środka (bo jakbym mogła sobie podarować, to do mnie nie podobne - przejść OBOK piekarni) Często mam wrażenie, że Bóg wiedział, co robi nie dając mi zmysłu węchu i smaku, bo byłabym groźniejsza od Gordona Ramsay'a...  No, ale wróćmy do piekarni... Dziesięć wspaniałych minut wpatrywania się w pyszności za szklaną szybą i wyszłam z... bagietką.... Niestety daleko jej do tej, jakie jadałam we Francji, ale trudno... Potem przechodziłam jeszcze OBOK sklepu z serami... i tu wyszłam z serem pleśniowych (Lazur błękitny - tradycyjny ser typu Roquefort) -tym razem dziękuję Bogu, że nie mam węchu.. :) A na koniec jeszcze "odwiedziłam" cukiernie, bo z wystawy uśmiechały się do mnie kolorowe makaroniki... dokładnie takie same jak na okładce książki...


No właśnie - to wszystko dlatego, że czytam książkę Amy Thomas: "Paryż mój słodki". Kupiłam ją, ponieważ, gdy ją zobaczyłam w księgarni, przypomniałam sobie moje przygody w Paryżu... Pisałam już wcześniej trochę o tym "zawirowaniu" w moim monotonnym życiu singielki (zobacz tutaj). 


moja dzisiejsza "zdobycz"
Amy jest też singielką (ciekawe dlaczego ciągle trafiam na takie bohaterki-autorki?), niepoprawnie zakochaną (od rozwodu rodziców) w czekoladkach, muffinkach, babeczkach, torcikach, tartinkach, czyli we wszystkim, co słodkie i przekraczające 500 kcal w jednym kęsie. W Nowym Jorku zostawiła pracę - pisała o jedzeniu, była autorką bloga "Słodka Idiotka". W Paryżu ma nową pracę - pisze o... jedzeniu! Inny powód przeprowadzki na drugi koniec świata?  Może też, aby jeść przysmaki kuchni francuskiej, no i oczywiście być usprawiedliwioną z tego powodu, bo przecież praca, i zupełnie bezkarną, no i aby od tego wszystkiego nie przytyć? Tak na marginesie, to zawsze zastanawiałam się jak Francuski to robią, że są takie szczupłe, choć przyznam, że podczas mojego pobytu we Francji schudłam do 57 kg, co już nigdy później mi się nie udało, ale nie tracę nadziei. Oczywiście w internecie odnalazłam zdjęcie Autorki i faktycznie, wygląda jak bagietka i wierzcie mi - jest to komplement... Znalazłam nawet jej blog "God, I love Paris" .


Dla mnie ta książka jest szczególna, nie tylko przypomniała mi Paryż i moje szalone przygody... ale pierwszy raz od roku wzięłam dziś do ręki podręcznik do francuskiego i zaczęłam zgłębiać tajniki znienawidzonego passé composé. Na nowo zapragnęłam mówić po francusku, przypomniałam sobie poranki w Ogrodzie Luksemburskim i wieczory na Montmartre. Doskonale pamiętam moją "walkę" z owocami morza i moje wpadki językowe, które powodowały uśmiechy na twarzach zawsze poważnych Paryżan. Rozmarzyłam się. Nawet sprawdziłam sobie w internecie ceny hosteli w Paryżu i zrobiłam plan ewentualnej wyprawy wakacyjnej, oczywiście śladami bohaterek książek (tych o jedzeniu, bo romansów raczej nie przewiduję, zwłaszcza z Francuzami w roli głównej).

Zrobiłam sobie  pyszną kolację (bagietka nie przeżyła do jutrzejszego śniadania, ser owszem, jeszcze poleży w lodówce, o ile sam z niej nie wyjdzie ;), zaparzyłam świeżo zmieloną kawę, włączyłam muzykę z "Amelii" i czytam dalej o przygodach Amy w Mieście Świateł... A makaroniki jutro zaniosę do szkoły i poczęstuję koleżanki...  Ja zamierzam w wakacje wyglądać jak... bagietka... :)


prezent dla koleżanek



Anna M.
wracam do baguette avec du fromage... ;)

P.S. Polecam słodko cukiernie Józef Wilk w Krakowie na Salwatorze... 

(ciekawy opis cukierni :):):) po angielsku :):):) - kliknij tutaj :)



"Podróżuj, módl się i kochaj" Beata Pawlikowska









tytuł: "Podróżuj, módl się i kochaj"
autorka: Beata Pawlikowska
wydawnictwo: G+J RBA Sp. z o.o. &Co. Spółka Komandytowa
data wydania: 27 września 2012

liczba stron: 96
moja ocena 6/6




 Modlę się często, staram się kochać świat i siebie i innych (tu trudniej), a podróż? No cóż - życie :) Zatem wzięłam do ręki książkę Beaty Pawlikowskiej i miło spędziłam czas. Maleńka książeczka, ale jak zwykle wiele mądrości...

"Zawsze warto szukać kogoś mądrzejszego od siebie, żeby dowiedzieć się czegoś nowego. Nawet gdyby miała to być prawda trudna lub niewygodna - moim zdaniem lepiej ją znać, bo tylko wtedy można sobie z nią poradzić i zamienić ją w coś, co przestanie być destrukcyjną iluzją, a zacznie być wartościowe i konstruktywne".

Spotkanie z szamanem Ketutem na Bali, cudowny świat Indonezji i mądrość płynąca z własnego wnętrza to tylko kilka z atutów tej opowieści. Nawet Julia Roberts w filmie "Jedz, módl się i kochaj" była bezsilna wobec potęgi prawdy o sobie i poznawania siebie. Moim zdaniem książka Pawlikowskiej jest świadectwem spotkania szamana Ketuta z szamanką Beatą. Nic więcej nie trzeba dodawać. Wystarczy zrozumieć...Czy na pewno?
"Może tak ma być - powiedziałam do siebie. - Nie muszę wszystkiego rozumieć. Czasem może wystarczy zaufać i nie burzyć w sobie spokoju wątpliwościami".


Moje życie zbyt często wyglądało jak jedna wielka wątpliwość. Szamanka uczy, aby odnaleźć spokój w sobie, wyciszyć wnętrze i odkryć na nowo głos płynący z wnętrza, z najbardziej mojego "ja".  Zaufać?... Sobie? Mont Everest pracy nad sobą - zaufanie sobie samej. Wierzymy telewizji, reklamom, przyjaciółce, nawet sąsiadce, ale sobie? Nie! A dlaczego nie? Przecież tylko ja wiem, jaka jestem naprawdę! Nikt inny! Tylko ja mogę się zaopiekować sobą, pokochać siebie i być swoim najlepszym przyjacielem. Jeśli  sama sobie tego nie dam, próżno będę szukała miłości i zrozumienia u innych. Serce wie gdzie leży szczęście. Bóg opiekuje się nami i prowadzi nas przez życie. Prawda może nas uratować. PRAWDA O SOBIE...

"Nie lubię takich super eleganckich lokali, bo wyczuwam w tym zawsze pewien fałsz. Ludzie, którzy spotykają się tu przy stolikach, noszą drogie zegarki i biżuterię, są ubrani w staranne garnitury i suknie, umalowani i przygotowani. Na pewno nie wyglądają tak po wstaniu z łóżka ani po dniu ciężkiej pracy. Mają widać potrzebę tworzenia iluzji, że jest się lepszym, piękniejszym i doskonalszym niż w rzeczywistości. Ale wystarczy przecież spojrzeć w lustro  po zmyciu makijażu. I znów będą tylko sobą. Nie, nie mam nic przeciwko  stosowaniu makijażu i pięknym sukniom. Sama robię to od czasu do czasu przy specjalnej okazji, ale nie chciałabym musieć robić to codziennie. Lubię być sobą".

 A kim ja jestem? Kogo widzę rano w lustrze? Czy uciekam przed samą sobą, a nawet przed swoim odbiciem? Czy poznaję jeszcze siebie? Ile mam na sobie niepotrzebnych świecidełek, gadżetów, pięknych słów i wyuczonych gestów? Czy znam jeszcze prawdziwą siebie, czy potrafię ją odszukać i jak to zrobić?

"Sens pewnych spraw gubi się w ich opisie. Kiedy Europejczycy zaczynają definiować coś, co wcześniej było im nieznane, używają ograniczonej liczby pojęć. Kiedy widza chudego derwisza siedzącego w pyle drogi, mówią "Niedożywiony biedak". Gdyby mogli usłyszeć jego myśli i wejrzeć mu do serca, zamilkliby ze zdumienia, bo zobaczyliby tam nieznany sobie kosmos, w którym zawiera się wolność, spokój, brak oczekiwania i radość, która nie karmi się zdobywaniem, lecz posiadaniem niczego. (...) Europejczyk przez całe życie ocenia, wydaje osądy i klasyfikuje. Zostaje mu niewiele czasu na przeżywanie własnego życia, ale chyba właśnie o to chodzi, bo dawno już zapomniał kim jest i co jest naprawdę ważne. Tworzy więc pozornie ważne fakty i sprawy, które zajmują mu czas i umysł, dzięki czemu nie będzie słyszał własnej wewnętrznej pustki. tej pustki, która powstała po zagubieniu najprostszych prawd - choćby takich, że w życiu trzeba się zawsze kierować dobrem i uczciwością".




Zatem "Podróżuj, módl się i kochaj" :)

Anna M.

"Słodkie życie w Paryżu" David Lebovitz...


4 stycznia 2013 r. 







autor: David Lebovitz

tytuł oryginału: The Sweet Life in Paris: Delicious Adventures in the World’s


wydawnictwo: Pascal
data wydania:  19 września 2012
liczba stron: 320







 /Moje kulinarne wspomnienia z Francji/


Dziś na temat książki Davida Lebovitza "Słodkie życie w Paryżu". Musze przyznać, że była to dla mnie wielka przygoda i niezła zabawa... A to dlatego, że czytając książkę i śledząc kolejne perypetie autora, przypominałam sobie moje własne próby zrozumienia Francuzów. Ileż to razy wściekałam się, że na śniadanie jest słodki rogalik, a do każdego posiłku podawano bagietkę! Po 2 miesiącach we Francji miałam ochotę napisać maila do mamy z prośbą o paczkę żywnościową z polskim chlebem! Ale kilka rzeczy pokochałam: delektowanie się posiłkiem, sałatki, quiche i desery. Pokochałam również spacery o świcie nieuczęszczanymi uliczkami Paryża, kiedy sprzedawcy otwierali swoje sklepiki, śmieciarki sprzątały ulice, a w parku starsi panowie siedzieli i leniwie czytali gazety. Nikt się nie spieszył, a słoneczko zapowiadało kolejny dzień, który budził się do życia.


     I o tym po części jest też ta książka, o pasji gotowania i niuansach kulturowych :) Autor z dużą dozą humoru opowiada o swoim doświadczeniu bycia cudzoziemcem w Paryżu.  A to bywa zabawne!



  Hmmm. Francję poznawałam od kuchni.... Jeszcze w Polsce musiałam  przyzwyczajać do myśli, że trzeba będzie zrozumieć Francuzów. Mój wyjazd był niezwykły. Oprócz języka miałam okazję poznawać kraj, ludzi, zwyczaje i kuchnię.



        Nigdy nie zapomnę pierwszego śniadania... Nie mogłam zrozumieć, dlaczego jest tylko rogalik, dżem i kawa. No ale do pomysłowych świat należy, a Polak zawsze sobie poradzi. Z lodówki wyjęłam wędlinę i serek i zrobiłam kanapkę. Zniesmaczone reakcje Francuzów trudno opisać. Przecież popełniłam niewybaczalny grzech! Sprofanowałam tradycyjne śniadanie. Potem było już znacznie zabawniej. Byłam znana w całej szkole z tego, że koło mojego talerzyka leżał zawsze serek :) I tylko ja głodowałam, gdy na obiad były owoce morza... Bleeee! Oczywiście początkowo nie mogłam się przyzwyczaić do obiadu o 12.00 i kolacji o 20.00. Więc stało się jasne, że moje marzenie o figurze modelki szybko się ziści. Powiem szczerze, nigdy wcześniej, ani później w Polsce nie udało mi się tego dokonać.


     Paryż, pod względem kulinarnym, wspominam interesująco ... Tosty z nutellą, ale i zapiekanki przed kinem przy Montparnasse. Sprawa skomplikowała się w rejonie Lourdes, gdzie pracowałam jako wolontariuszka w szpitalu dla pielgrzymów. Okazuje się, że w zwyczaju miejscowych na kolacje podaje się... zupę! plus oczywiście bagietkę! No i po każdym posiłku ser! celebracja sera!

       Wskaźnik wagi znów poszedł w dół! :) Wcale z tego powodu nie czułam się nieszczęśliwa, może trochę zaskoczona. 

      A gotowanie? No cóż musiałam nauczyć się gotować!!!! Studiując przepis na ciasto francuskie doszłam do wniosku, że Pascalem nie zostanę, choć podkradłam od niego pomysł na wypełnienie tarty fasolą przed zapieczeniem. poczułam się jak mistrz kuchni, gdy pierwszy raz wyjęłam z piekarnika quiche. A oto kilka z moich popisowych dań:










 Anna M.

Belfer na wakacjach :)

3 lipca 2022 r.  _______________________________________________ Postanowiłam zreanimować starego bloga czytelniczego i tchnąć w niego troch...