Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sala 205/niecodziennik nauczycielki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sala 205/niecodziennik nauczycielki. Pokaż wszystkie posty

"Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni..."




Tak śpiewa Kazik Staszewski, i ja się podpisuję... pod częścią tekstu tej piosenki oczywiście (hi hi hi)... Jedno jest jednak pewne - przez najbliższe dwa tygodnie nie muszę iść do pracy (czytaj: czytam ;) Ale teraz czas podsumować moją pracę w tym semestrze, czyli odcinek z cyklu: "Szaleństwa Panny Anny" :)



Ostatnie 2 miesiące w szkole to był, w moim wykonaniu rzecz jasna, istny cyrk... Pochłonęła mnie dosłownie praca i dzieciaki. Ale nie zamieniłabym tego na nic w świecie, no może na obietnicę, że po czekoladzie nie będzie mi przybywało w biodrach...  Zacznijmy od początku...




JASEŁKA
(jeszcze o grudniu 2013)


Każdego roku przygotowuję Jasełka, w tym roku jednak moje dzieciaki potrzebowały jakiejś odmiany... Przyznaję, że historię Jezusa urodzonego w stajence znają już wszyscy, a moi uczniowie potrafią nawet  rozszyfrować hebrajską nazwę Betlejem. Przedyskutowaliśmy zatem pomysł przedstawienia tematu Świąt Bożego Narodzenia w formie bardziej nowoczesnej, czyli multimedialnego wydania "Wiadomości".


wywiad z owcami




Przygotowania trwały długo, bo wyruszyliśmy z kamerą szkolną w różne miejsca, związane ze świętami. I tak.... byliśmy w Obserwatorium Astronomicznym szukać przez teleskop Gwiazdy Betlejemskiej, odwiedziliśmy Poznańskie ZOO i próbowaliśmy porozmawiać z osłem i owcami - bezskutecznie!







szukamy Gwiazdy Betlejemskiej

W Muzeum Etnograficznym malowaliśmy bombki,  a nasz nieustraszony korespondent wyruszyło na poszukiwania świętego Mikołaja. Maluchy przesłuchaliśmy na okoliczność oczekiwanych prezentów, ekspert (czyli nasza pani katechetka) opowiedział o roratach, a nasz "pogodynek" martwił się, że w Betlejem są zaledwie 22 stopnie na plusie... i będzie musiał to przekazać w materiale....



Największym jednak hitem okazał się Masterchef w wydaniu naszych szóstoklasistów! Zorganizowali, przygotowali, napisali scenariusz i odegrali wszystkie role. Wcielili się w Magdę Gessler i Michela Moran,  uczestnicy na wizji przygotowali pierniczki, a jury oceniło ich smak. Jeden uczeń musiał niestety "oddać fartucha", ale zabawa była doskonała. Mieliśmy nawet profesjonalnego kamerzystę - jeden z uczniów interesuje się montażem filmowym... Po nagraniu wszystkich wywiadów i filmów, weszliśmy do studio (czytaj: nasza pracownia szkolna) i zmontowaliśmy poszczególne filmy.



W dzień Jasełek, na scenie do złudzenia przypominającej studio TVP, nasze prezenterki poprowadziły specjalne wydanie Wiadomości. Zapowiadały kolejne materiały, a potem odtwarzaliśmy nasze dzieło na rzutniku.... Efekt przerósł nasze oczekiwania. Najlepszą nagrodą były słowa ekipy filmowej, tym razem już z profesjonalnej telewizji, która filmowała nasze jasełka. Pan kamerzysta powiedział, że mieliśmy świetny pomysł i, jak na skromny sprzęt, wyszło fenomenalnie. Pogratulował naszym dzieciakom zapału i pasji...


Ale nie byłabym sobą, gdybym nie miała niespodzianki dla moich uczniów. Doceniając ich poświęcenie i zaangażowanie w powstanie tych jasełek, skontaktowałam się ze znajomymi z Izraela i poprosiłam o krótkie życzenia dla naszej szkoły prosto z ojczyzny Jezusa... Sami zobaczcie !












CALINECZKA
(już o styczniu 2014)


Niestety nie mogę publikować zdjęć dzieci, więc pozostaje sama scenografia ;)



Nasze Koło Teatralne wystawiło z maluchami trzy przedstawienia. Oj długo by o tym pisać, powiem tylko tyle, że bawiliśmy się rewelacyjnie (jak to mawiają moje szkraby). Pikanterii i adrenaliny dodawał fakt, że w szkole panowała epidemia zachorowań i codziennie zaczynałam pracę od sprawdzenia, ilu moich aktorów trzeba zastąpić. Stokrotka uczyła się roli w przerwie spektaklu, Calineczka na każdym przedstawieniu musiała poślubić innego elfa (o zgrozo!), tylko chętnych do roli myszek, które jadły ciasto na scenie, nie brakowało...  Ostatecznie dzieci zgrały fenomenalnie. I tu nie chodzi o efekt końcowy, choć byliśmy długo oklaskiwani, a słodkie wpadki tylko dodawały uroku przedstawieniu, ale o zaangażowanie dzieci. Fakt - w większości na scenie pojawili się trzecioklasiści, ale niebywałe jest to, że przez te 2 lata odkąd prowadzę zajęcia teatralne, nauczyli się samodzielności i odpowiedzialności. Moje skarby doskonale już wiedzą, że zawsze w strategicznych miejscach na scenie leży specjalnie dla każdej roli przygotowany tekst (w razie amnezji), pomagają młodszym dzieciom w odnalezieniu się w roli, ba... nawet uczą się kilku ról, żeby w przypadku choroby, zastąpić inne dzieci. Przez cały tydzień, na każdej przerwie stawałam się doradcą kostiumowym, bo elfy, motylki i kwiatki przybiegały pokazać swój strój... Moje aniołki same organizowały wklejanie komunikatów do dzienniczków i roznosiły zaproszenia... Ja właściwie byłam tam tylko od spełniania życzeń.... Myszki chciały jeść podczas spektaklu prawdziwe ciasto... proszę bardzo! Calineczka marzyła, żeby schować się w ogromnym kwiatku.... nie ma sprawy, zrobiłyśmy błyszczącą lilię.




Domek Calineczki
Stojąc z boku i pomagając dzieciom ciągle się od nich uczę. Czego? Spontaniczności, zaufania, pasji i bycia wiernym sobie. Dla nich warto zarywać nocki i obmyślać plan klejenia kwiatka, z nimi warto się śmiać, kiedy kolejny raz Calineczka nie chce się zgodzić, żeby poślubić elfa. Nic innego się nie liczy, gdy przeziębione kwiatki boją się wyjść na scenę, no i oczywiście nic nie zstąpi uczucia, gdy patrzysz, jak w przerwie spektaklu znika ciasto, bo już przestało grać swoją rolę ;) A... i jeszcze jedno - dla ich uśmiechu możesz nawet zagrać awaryjnie motylka w ostatnim przedstawieniu.... (to nic, że akurat w 200% pasuje określenie "Motylem byłem, ale przytyłem").






Tydzień przedstawień był morderczy, zbiegł się z wystawianiem ocen,  radami pedagogicznymi, wywiadówkami i pisaniem sprawozdania z rozwoju zawodowego. Ale moi uczniowie nigdy się nie zniechęcają i nawet w najbardziej stresujących chwilach potrafią mnie podnieść na duchu. Szóstoklasiści zrobili przepiękne kartki z pozdrowieniami dla dzieci z Zambii, upiekli pierniczki i sprzedali na kiermaszu szkolnym w ramach projektu UNICEF.



Kartki dla dzieci z Zambii



Dziś, gdy byłam już potwornie zmęczona, na ostatniej lekcji z kochanymi klasami VI, usłyszałam, że gdy pójdę do nieba, to będą na mnie czekali cytuję: "na bramie", ale jak będę musiała coś jeszcze odpokutować, to przyprowadzą moich pierwszoklasistów i to będzie trudne doświadczenie, bo oni są najbardziej wymagającą grupą dzieci w szkole i będzie mi odhaczony czyściec  :) Sprytne, przyznaję :)

Dali mi cukierka i życzyli odpoczynku w ferie...


I jak tu ich nie kochać :)

Anna M.


Dzieci to skarb, o który trzeba się troszczyć...




Dziś, a właściwie wczoraj w nocy, nagle przypomniałam sobie moje liceum... Nie mogłam zasnąć i aż do 3.30 oglądałam stare zdjęcia i wspominałam dawne czasy. Dlaczego? Nie wiem... choć może wiem...




LICEUM 
czyli polski i historia -  mój koszmar...



Chodziłam do Liceum Ekonomicznego, ponieważ po klasie 8 nie wiedziałam dokładnie, kim chce być. Zawsze kochałam matematykę, a nie wiedziałam, czy będzie rodziców stać na studia (pochodzę z małej wsi). Wybór padł na "ekonomik". I faktycznie, czułam się w nim, jak ryba w wodzie.  Wydawało mi się, że jestem w 100% umysłem ścisłym...W liceum zatem wybrałam profil "rachunkowość i finanse" plus, ku mojej rozpaczy, rozszerzony niemiecki. I do tego moja wychowawczyni była germanistką, a dyrektor uczył nas historii - gorzej być nie mogło... Tak myślałam do czasu, gdy napisałam moją pierwsza "pracę klasową" z polskiego... Okazało się, że jestem zbyt dużą indywidualistką, jak na ramy tej szacownej uczelni i nerwy mojej pani prof. od języka polskiego. Dziwna sprawa, na polskim zawsze słyszałam komentarz, że moje prace i wypowiedzi są zwięzłe, ubogie językowo, koszmarne stylistycznie i za mało w nich oryginalności. Za to na matmie, jeszcze w podstawówce, mój ukochany nauczyciel zwykł mawiać: "Matysiak, czy ty raz mogłabyś wyliczyć zadanie najprostszą metodą zamiast szukać swojej własnej drogi! To nie polski, żeby błądzić po wyżynach myśli!"... Do dziś tego nie rozumiem... 


Ale wróćmy do opowieści.. Przez rok, tak mi się wydaje z perspektywy czasu, moja polonistka rwała włosy z głowy. Sytuację pogarszał fakt, że w naszej klasie była słynna w całej szkole Katarzyna C. - redaktorka, z tego co pamiętam, gazetki szkolnej, liderka koła polonistycznego, niepokorna, z tradycjami rodzinnymi, nadzwyczaj utalentowana polonistycznie. Jej prace za każdym razem były odczytywane publicznie jako wzór dla nas szaraczków... Gdy rozmawiałam z Kasią, zazwyczaj potrzebowałam słownika trudnych wyrazów, bo jak podkreślał nauczyciel historii - znałam tylko 500 słów... Całe 4 lata liceum, każda lekcja języka polskiego była dla mnie koszmarem i stresem... Za każdym razem miałam inne zdanie niż większość uczniów i totalnie inne niż wspominana Katarzyna C. I za każdym razem ona dostawała celujący, a ja trzy... (chyba tylko raz moja praca otrzymała 5 i raz została przeczytana).


I wtedy moja polonistka zrobiła najmądrzejszą rzecz pod słońcem. Pewnego pięknego dnia, po kolejnej mojej słynnej trójce z rozprawki zaproponowała, żebym zaczęła pisać pamiętnik... Miałam zapisywać wszystko, co mi przyjdzie do głowy i zacząć wreszcie czytać lektury. Posłuchałam jej - tzn. odnośnie pamiętnika, z lekturami było już znacznie gorzej... To była najlepsza nauczycielka polskiego, jaką spotkałam... I też miała na imię Anna :)


Zapisywałam moje myśli przez kolejne lata, coraz bardziej otwierając się na słowa, czytałam różne książki, szukałam swojego zdania i ku rozpaczy mojej polonistki, zawsze je prezentowałam podczas lekcji. Już do rangi legendy urosły moje spory o Judyma z "Ludzi bezdomnych" lub słynna odpowiedz na pytanie: "Co poeta miał na myśli"  - "nie wiem, nie powiedział mi osobiście". Jednym słowem - nie byłam łatwym uczniem :)


Ale koniec końców, na maturze otrzymałam 5 - mała "zemsta" na dyrektorze ;) Nie dałam mu satysfakcji krytykowania mnie na maturze ustnej ;), choć myślę, że pod koniec IV klasy znałam już więcej, niż jego wymyślone słynne 500 słów ... Lata walki o swoje ja (głownie z Katarzyną C.) też przyniosły efekty - dziś  nikt nie wmówi mi, że jestem gorsza od innych. Choć oczywiście na studiach burzliwie przezywałam kompleks pt.  "Basia B". Dziś wiem, kim jestem i nie muszę niczego udowadniać. Nie żyję już w cieniu, ale "buzię wystawiam do słoneczka"...


I klasa - najmilej wspominam właśnie podstawówkę, no może poza lekcjami w-f ;)



Dlaczego to piszę? Bo dopiero z perspektywy czasu dostrzegłam, że w życiu potrzeba pozytywnej motywacji. Dziecko, któremu będziemy powtarzali, że jest do niczego, że nie potrafi i nie nauczy się nigdy, rzeczywiście się nie nauczy. Potrzebujemy kogoś, kto nam pomoże stawić czoło rzeczywistości, nie możemy być sami. Niestety w dzisiejszym społeczeństwie bardzo często wyniki i oceny są najważniejsze. W świecie dorosłych ogarniętym "wyścigiem szczurów" ważne są osiągnięcia i nieustanne porównywanie do innych. Lepsza praca, droższy samochód, przystojniejszy mąż, mądrzejsze dzieci... Lista jest długa.  Dla mnie to bzdura!!! Nigdy się nie zgodzę z tym! Każdy z nas jest najwartościowszym człowiekiem na ziemi... Dlaczego muszę stawać na starcie i biec? Trzeba żyć swoimi ideałami, dla siebie, odkrywać wciąż na nowo siebie i spełniać swoje marzenia, nie innych... Otóż dziś już NIE MUSZĘ biec w "wyścigu szczurów"! A niech sobie Basia pisze książki i robi doktorat, a niech inni zajmują się plotkowaniem i śledzeniem cudzego życia. Jeśli komuś to poprawi samopoczucie, nich podpisuje się imieniem i nazwiskiem pod cudzymi osiągnięciami... Jego sprawa...


Ważne jest tylko jedno, aby dzieciom dać wsparcie, którego może sami często nie otrzymaliśmy. Gdyby mi ktoś w szkole powiedział, że nie jestem gorsza od Kasi C., nie musiałabym stracić tyle czasu na zrozumienie, że życie jest piękne, nawet jeśli znasz 500 słów... Dziś na szczęście jest już w szkole psycholog ( za moich czasów nikt nawet nie wiedział kto to) i pedagog, a kadra nauczycielka jest coraz lepsza. Ja też spotkałam w życiu wspaniałych ludzi, którzy towarzyszyli mi podczas trudnych zmagań szkolnych. W podstawówce - mój matematyk, w liceum - pani Profesor od rachunkowości, na studiach - mój dziekan, a podczas pierwszych lat  w zawodzie nauczycielki - p. Marek - szef z drugiej pracy. Każdy z nich był moim przewodnikiem na jakimś odcinku drogi, zwanej życiem.


Pewnie powiecie, że to, czego doświadcza uczeń  w szkole jest nieistotne, bo czym się może przejmować dziecko? Należy od niego wymagać i tyle.  Przecież każdy wie, że jest wartościowy, ale w życiu liczą się osiągnięcia i średnia.  Czyżby? A jednak czasem to, co mówią nauczyciele, rodzice i rówieśnicy głęboko "siedzi" w dziecku i dopada nas, gdy się tego nie spodziewamy... Przykład? Kilka dni temu byłam na "imprezie". Oczywiście poznałam wielu nowych ludzi... Kiedy zobaczyłam jedną z dziewczyn i przez chwile posłuchałam, o czym mówi, ni stąd ni zowąd, pojawiło się dziwnie znane uczucie - "nie jestem taka super jak ona". Ale nagle pojawił się wielki znak STOP - "Nie, faktycznie nie jesteś taka jak ona, bo jesteś sobą, tylko to się liczy - być zawsze sobą, słuchać siebie, lubić siebie i żyć zgodnie ze swoim wnętrzem".


Dziękuję moim mentorom, których spotkałam na drodze szkolnych potyczek nie tylko polonistycznych :)
Kochani nauczyciele, bądźcie dla dzieciaków przede wszystkim wsparciem...


Dzieci to skarb, który trzeba chronić... Trzeba uważnie słuchać i pomagać im stawiać pewne kroki ku samodzielności...


Anna M.



Belfer na wakacjach




z ogrodu mojej Mamy



Wakacje są - wiadomo... gorąco może i nie jest, ale ostatnio i nie pada. Jednym słowem - słodkie lenistwo. Pomijam kwestie, że często jestem w szkole, ale za to będę miała ładna salę i komfort pracy od września....




rankiem w ogrodzie Mamy


Co belfer robi na wakacjach? Trudny orzech do zgryzienia. Z forów internetowych dowiedziałam się, że żyję za cudze pieniądze, obijam się i w ogóle swoim lenistwem daje powód do likwidacji wakacji, bo reszta społeczeństwa musi pracować. Moja współlokatorka również codziennie patrzy z zazdrością na fakt, że nie wychodzę do pracy...









mniam
Belfer na wakacjach to kłopot. Ale ja potrzebuję odpoczynku i basta! Podziwiam szczerze mojego kolegę po fachu, który właśnie jest na koloniach z dzieciakami. MEGA SZACUN - jak mówi teraz młodzież młodsza (obiecałam moim klasom V i VI, że oduczę się na nich wołać "dzieciaki", podobnie klasy II wniosły na lekcji protest przeciw mówieniu na nauczanie początkowe "maluszki", ale co tu zrobić, kiedy uczę jakieś 250 dzieci i muszę je odróżniać, a z imionami mam zawsze problem). Ale wróćmy do kolegi ;) - podziwiam! - ja w wakacje nawet przed dziećmi kuzynki uciekam... Moje wielkie ciało pedagogiczne (znów przytyłam, choć jestem na diecie;) potrzebuje samotności, żeby zregenerować akumulatory... Bo od września już nie będzie gdzie się schować! Nawet po lekcjach, w sklepie człowieka dopadnie jakieś "dzień dobry p. Aniu, a co jutro będziemy na lekcjach robili?" Kocham moje dzieciaczki, urwisy i młodzież młodszą! Moje życie, moja szkoła - moja pasja...




Ale teraz mam wakacje :) No więc belfer odpoczywa, a nad głową słyszy, że to skandal... A co tam! Czasem coś napiszę (aktualnie tworzę scenariusz do nowego przedstawienia dla Kółka Teatralnego), czasem coś przeczytam (postanowiłam, że stworzę w szkole kącik UNICEF, więc studiuje dokładnie konwencje o prawach dziecka i robię gazetkę na moich nowiutkich tablicach), czasem coś kupię (nareszcie znalazłam, dzięki pani Dyrektor, zasłonki do sali 205), czasem pobawię się w ogrodnika (podlewam kwiatki klasowe, mam je w domu - 9 doniczek na 7 m2 - piętro 12). No i oczywiście się lenię (właśnie zapisałam się na wakacyjne kursy w ODN na temat robienia scenografii z papieru i origami)...


to na II śniadanie...


Lubię moją pracę i lubię moje wakacje :)  A za kilka dni jadę do rodziców na wieś.... Brat zrobi grilla, rozłożę koc w ogrodzie i mój fotel na tarasie... Mam też nowy nabytek - czytnik Kindle - i nie muszę już wozić do domu ciężkich książek...  A zatem - KAWA, KSIĄŻKI I CAŁA RESZTA....


ŻYCIE JEST CUDOWNE :) :) :)




wszyscy zazdroszczą mojej Mamie "ręki do kwiatów"










Anna M.
eioba

Belfer nigdy się nie nudzi...

      


   


         Wakacje mijają jak szalone, a ja jeszcze nie opuściłam szkolnych murów... Cóż to znaczy? Ano tyle, że porządkuję rzeczy, opróżniłam stare szafy w klasie, wyrzuciłam to, co powinno trafić na śmietnik dobrych kilka lat temu, no i robię dekorację z wykorzystaniem mojego statku z przedstawienia... A i jeszcze przesadziłam kwiatki do kolorowych doniczek, żeby we wrześniu było przytulnie... UWAGA - dzieciaki nie poznają starej klasy 205 !!!!   


      Niemniej jednak, jakby nie patrzeć - mam teraz wakacje... A co za tym idzie dużo czasu na przemyślenia. Zresztą to moje pierwsze wakacje od 3 lat, więc trochę się nazbierało kurzu w głowie... Zawsze byłam dobra w postanowieniach, jestem przecież w 85 % umysłem ścisłym, więc potrzebuję tabelek, wykresów, statystyk i planowania. W jednej z mądrych książek (oczywiście nie pytajcie mnie o tytuł, bo nie mam zielonego pojęcia) przeczytałam, że plany i postanowienia trzeba ogłosić publicznie, żeby potem się trzymać ich realizacji. Te sekretne szybko ponoć giną w codziennym natłoku rzeczy do zrobienia i są odkładane na "później".


         Chyba blog jest dosyć publicznym miejscem, zatem ogłaszam plany na najbliższy rok (sorry, ale jako belfer działam w systemie rachowania lat od sierpnia do sierpnia):



W najbliższym roku szkolnym 2013/14


1. Przestać jeść czekoladki i pić litrami kawę - a pośredni plan (efekt uboczny) to schudnąć "troszkę"...

2. Nazbierać do "skarbonki" na wyjazd do Izraela (planowana data - "niedaleka przyszłość")

3. Dokopać się do podręczników z liceum i zrobić wielką powtórkę z "matematyki". Mam zamiar zdać na studia (ale to za rok) i zrobić drugą magisterkę - z mojej ukochanej "rachunkowości". Dlatego daję sobie ten rok na przygotowania... Z księgowaniem nie mam problemów... ale przeglądałam dziś stare zeszyty z matmy i zadania, które ponoć sama wyliczyłam i "O MÓJ BOŻE!" - to jakiś kosmos! Matura z matmy zdana na 6, ale po 13 latach od tego wydarzenia luki w pamięci mam ogromne... Czeka mnie więc rok ciężkiej pracy... Zacznę może od ... tabliczki mnożenia :) hi hi hi

4. Nauczyć się angielskiego od podstaw do poziomu "nie jestem matołem" - tak, tak - nie znam angielskiego - i w dzisiejszych czasach takie dziwolągi chodzą po świecie i żyją. Ale znam za to francuski - ha! No ale ba... ponieważ do czasów kolonialnych nie wracamy raczej, czas więc na angielski...

5. Ćwiczyć asertywność!!!!



No dobrze... OD JUTRA RUSZAM DO BOJU !!!!

 



To może ... idę sobie zrobić ostatnią kawę i może jakieś ciastko na pożegnanie kupię (do tej kawci oczywiście)?




Anna M.


eioba











Lektura obowiązkowa na wakacje dla każdego nauczyciela




Rok szkolny się kończy. Jeszcze tylko dwa dni i wakacje.

Dla mnie to był wyjątkowo ważny rok, pełen wzlotów i twardego lądowania na... ;) Praca w szkole nie należy do łatwych, ale kocham dzieciaki i dla nich to robię. Wszystko inne nie jest warte wspominania.  Postanowiłam polepszyć sobie nastrój i przeczytać ponownie dwie książki: "Helena Keller" Alicji Kaczyńskiej i "Historia mojego życia" Helen Keller. Zawsze do nich wracam...




tytuł: Helena Keller
autor:


wydawnictwo: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
data polskiej premiery: 1998
liczba stron:  350

moja ocena:  / 6



 


Piszę zatem dziś o wielkiej osobie i jednym z moich autorytetów - Anne Sullivan. To tak dla podkreślenia, że pedagogiem jest się cały czas, a nie tylko bywa czasami ...


Kim była Anne? Hmmm, niewiele mamy o niej wiadomości w języku polskim, ale wystarczy poszukać czegoś o Helen Keller, a zawsze będzie się pojawiało nazwisko Anne Sullivan. Nauczycielka i uczennica są nierozłączne na kartach historii. 









Helen Keller (ur. 27.06.1880) traci wzrok i słuch mając zaledwie 19 miesięcy. Od tego czasu świat dla niej "znika", a dziewczynka przestaje się rozwijać - żyje w ciszy i ciemności.  Rodzina nie może się z nią porozumieć i mała powoli staje się "dzika" niczym zwierzątko. Jest jednak bardzo inteligentna i mając 5 lat zaczyna sama sobie zdawać sprawę, że inni ludzie mówią (dotyka ich warg i zaczyna rozumieć, że muszą w ten sposób się porozumiewać). Nie może jednak niczego im przekazać, nic nie rozumie... Zapewne  pozostałaby w ciszy i ciemności, gdyby nie nauczycielka, która przyjeżdża do niej z Bostonu - Anne  Sullivan.







Anne pochodzi z biednej rodziny i jako dziecko również była niewidoma.  Trafia do przytułku, a później do Szkoły Perkinsa dla Niewidomych. Dyrektor zauważa jej talent i zachęca do nauki. Po kilku latach, na skutek operacji, odzyskuje wzrok i ukończy szkołę z najlepszym wynikiem. Jest młoda, ambitna i całkowicie pochłonięta pasją nauczania. Zostaje wysłana do domu państwa Keller... I tu zaczyna się przygoda, praca oraz przyjaźń trwająca prawie 50 lat i będąca inspiracją dla wielu pokoleń pedagogów, wychowawców i innych ludzi na całym świecie. Anne musi znaleźć klucz do świata małej Heleny. Ale jak przemówić do dziewczynki, jak wyjaśnić jej, że istnieją słowa, zdania i gdy je pozna, będzie mogła zrozumieć świat? Upór, spryt, ogromne zaangażowanie sprawiło, że nauczycielka nie poddaje się.





Anne  "literuje" każde słowo Helenie na rączce, jak matka mówiąca do dziecka mimo, że ono nie rozumie, co to słowo oznacza. Helen broni się przez tym, nie wiedząc, że to drzwi na świat. Anne uważa, że z czasem dziewczynka skojarzy, że dany znak oznacza konkretną rzecz, że znaki układają się w wyrazy, a te komunikują to, co mamy w myślach i to, czego chcemy. Jednak praca jest trudna i z pozoru bezsensowna. Helena powtarza znaki, ale nie rozumie, że każdy oznacza coś innego. Przełomem staje się wydarzenie przy pompie wodnej, kiedy Helena pierwszy raz wiąże wodę ze znakiem na ręce. Od tego czasu nauczycielka i uczennica każdą sposobność wykorzystają na naukę. Helena poznaje świat już nie tylko przez zmysł dotyku, ale w umyśle - poprzez pojęcia i definicje.




Fragment filmu o Anne Sullivan ("Cudotwórczyni")  i słynna scena z wodą...



Anne Sullivan uratowała życie małej Helence - wyrwała ją z pułapki samotności i otworzyła przed nią cały świat... Helen Keller skończyła studia, nauczyła się kilku języków obcych, jeździła wraz ze swoją nauczycielką po świecie prowadząc spotkania i wykłady. Opanowała nawet technikę czytania z ruchu warg przykładając palce do ust i gardła mówiącego, z czasem sama nauczyła się również mówić.  Helen Keller została pisarką, angażowała się w pomoc upośledzonym, spotykała z wielkimi tego świata. Dowiodła, że wszyscy jesteśmy równi, a ciężką pracą można osiągnąć wszystko. A Anne? Czego mnie uczy? Uporu, cierpliwości, dobroci i tego, że trzeba tylko znaleźć klucz do serca drugiego człowieka i odkryć jego możliwości...


Jedną z najlepszych książek pokazujących drogę Helen Keller jest jej autobiografia "Historia mojego życia" - polecam! Czytając zapiski kobiety, która nie słyszy i nie widzi, a mimo to opisuje kolory, muzykę, wzrusza się nad sztuką, ma ulubionych malarzy, mam pewność, że rację ma autor  "Małego Księcia" - "On ne voit bien qu'avec le coeur. L'essentiel est invisible pour les yeux" (Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu).



autor:

tytuł oryginału: The story of my life

wydawnictwo: Czytelnik
data polskiej premiery: 1978
liczba stron:  332

moja ocena:  / 6







Anne Sullivan zawsze będzie dla mnie niedościgłym wzorem do naśladowania...


Anna M.
eioba

Nibylandia ocalona!



Długo mnie nie było.... wybaczcie, ale praca nad przedstawieniem "Piotruś Pan" tak mnie pochłonęła, że zapomniałam o realnym świecie. Ale za to razem z moimi uczniami przeżyłam cudowne chwile w Nibylandii...

Wraz z Kołem Teatralnym dla klas II i III wystawiliśmy dwa spektakle dla społeczności naszej szkoły. 


scena już czeka na małych aktorów...


Scenariusz powstał na podstawie dwóch książek:  "Piotruś Pan i Wendy""Przygody Piotrusia Pana" (autor: James Matthew Barrie). 


Cóż mogę napisać? Przyznam szczerze, że było to ogromne przedsięwzięcie, nie ze względu na efekt finalny (choć ten był wspaniały), ale na pracę dzieciaków włożoną w przedstawienie. Scenariusz był bardzo elastyczny i dzieci same zmieniały role, wymyślały scenografię i, ku mojemu zdziwieniu, nawet na występie dostosowywały tekst do sytuacji. Moje małe urwisy zaangażowały się na 200%. Dla każdego napisałam rolę dostosowaną do jego możliwości, ale podczas prób, dzieci otwierały się i niektóre odważyły się nawet poprosić o więcej tekstu do nauczenia. Cudownie było obserwować ich grę..., choć trzeba przyznać szczerze, że same próby były ogromnie wyczerpujące... i fizycznie i psychicznie, bo opanowanie 30 dzieciaków to wyczyn na miarę Oskara! Ilość wróżek i elfów zmieniała się z próby na próbę, piraci dezerterowali systematycznie z zajęć, a scena batalistyczna przenosiła się często na rożne piętra szkoły, bo piraci gonili chłopców nie na scenie a po korytarzach! Ale bawiliśmy się fenomenalnie!!! I to się liczy... Nic tak nie rozwija, jak kreatywność i elastyczność...



cudnie tańczyły
Kiedy myślałam, że już nic nie może się niezwykłego wydarzyć, wpadłam na genialny pomysł nauczenia elfy tańczyć do muzyki z filmu "Marzyciel". Zrobiłam dla nich nawet 13 nenufarów. Nocka zarwana, ale widok maleńkich elfów budzących się ze snu, a każdy w rączce trzymał maleńką lilię wodną - bezcenne! Dziewczynki aż tupały z zachwytu, gdy tylko mogły wziąć kwiatki w swoje maleńkie łapki. Cieszę się, że sprawiłam im tyle radości... I muzyka.... czysta POEZJA...  (no pomijając fakt, że przez przypadek jednego elfa oblaliśmy wodą, ale dzielnie się otrzepał i zagrał dalej swoją rolę). Dziewczynki były zachwycone! Publiczność również!



statek Kapitana Haka
Dla piratów mój brat zbudował prawdziwy statek! Cóż - to była jego wolna sobota, ale czego się nie robi dla dzieciaków i dla siostry. I dla pizzy!!!!!   Nawet sprzedawca z Castoramy nie chciał wierzyć, że z paneli podłogowych może powstać łódź piracka... Oj ludzie mają małą wyobraźnię ;) Statek miał i kotwicę i banderę... Kapitan Hak był zachwycony. Świetnie się przy tym bawiliśmy, jedyny problem: gdzie go zbudować, bo szkoła zamknięta w weekend, a ja mieszkam na 12 piętrze! Z pomocą przyszła jedna z kochanych nauczycielek, statek powstawał w jej garażu, tego dnia przeszły 3 burze, a my ugotowałyśmy dla wszystkich pyszne spagetti ;) Dziękuję za pomoc i wsparcie :) Nawet pocięłyśmy jej stare prześcieradło na maszt! W myśl zasady: "diabeł tkwi w szczegółach"! Wszystkim tak bardzo spodobała się nasza łajba, że już następnego dnia dziewczyny ze świetlicy pożyczyły nasz okręt na konkurs piosenki o morzu... Ale frajda!!!!

Nie było łatwo, ale wszystko staję się nieważne,  gdy widzisz uśmiech dziecka... Temperamenty dzieci są różne, dzieci nic nie udaja i są szczere na scenie..., lubię uczyć się od nich prostoty...  Wiem, że dla tego konkretnego dziecka samo wyjście na scenę było już ogromnym sukcesem. Nic nie jest w stanie przyćmić jego uśmiechu i dumy, gdy przeczytało swoje zdanie i zeszło z wymalowanym na twarzy poczuciem zwycięstwa!!!! Dla mnie to jest największy sukces... Być może jestem inna, ale dla mnie bardziej liczy się zaangażowanie i praca dziecka, zabawa na scenie i frajda z tworzenia czegoś, o czym dzieci marzyły, niż IDEALNE przedstawienie. 

Janusz Korczak mawiał: "Gdy uśmiecha się dziecko, uśmiecha się cały świat". Byłam zmęczona, czasem niepotrzebnie może zła na znieczulicę niektórych koleżanek... Cóż... Jak mawiał klasyk: zawsze są "plusy dodatnie i plusy ujemne..." A ja swój temperament też mam niezły ;)  Ale uśmiechy dzieci, dla których to robię, spowodowały, że mój świat się do dziś śmieje... One są tego warte :)  Wierzę w to, że najważniejszy jest uśmiech dziecka... To jest najistotniejsze... Jak powiedział Dzwoneczek: "elfy i wróżki powstały ze śmiechu dziecka"... Dziękuje tym, którzy też w to wierzą i wspierają... Muszę tylko popracować nad lepszą komunikacją i asertywnością... Ale z przedstawienia na przedstawienie idzie mi lepiej ;)


Piotruś Pan, Wendy i Dzwoneczek lecą do Nibylandii...



Dziękuję zatem Pani Dyrektor i WSZYSTKIM nauczycielkom i nauczycielom 
zaangażowanym w to przedstawienie. 
Zwłaszcza Gosi, Hani, Ani, Ani i praktykantce Ani... Bez Was ostatniego dnia nie dałabym rady! 
 Kocham szkołę i pracę z dziećmi :) :) :) :)


Specjalne podziękowania również dla... K.S. - za wsparcie i telefon odnośnie scenografii, który podniósł mnie na duchu ;)

A w nowym roku szkolnym planujemy wystawić "Alicję w Krainie Czarów"!



eiobaAnna M.

"Jestem nudziarą" Monika Szwaja

W szkole nigdy nie jest ... nudno


 

tytuł: Jestem nudziarą
autorka: Monika Szwaja

wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2003
liczba stron: 320

 moja ocena: 5/6





 Skończyłam czytać kolejną książkę... i to kolejną o szkole i nauczycielach, a ściślej - o nauczycielce. Agata ma 30 lat, nie ma męża i uczy w szkole i jak sama o sobie mówi - jest nudziarą. Do tego nie potrafi się malować i ubiera się jak stara panna. Oczywiście ma też dwie zbzikowane przyjaciółki i próbuje sobie jakoś mniej więcej radzić w życiu... Hmmm czyżby mi to coś przypominało? Chyba ze mną nie jest aż tak źle... 

       Nie będę streszczała książki. Nie to jest moim zamiarem na tym blogu. Czytałam z przyjemnością, znam bowiem dobrze pracę pedagoga.  I tu muszę powiedzieć, że od dłuższego czasu mam "frajdę" z pracy w szkole. Po dwóch latach małego "rozwodu" z posadą nauczyciela, wróciłam do moich milusińskich z nieukrywana radością i tęsknotą! Kiedyś pewnie sama napiszę o tym książkę, bo materiałów (raczej komediowych) starczyłoby mi na niejeden tom. Póki co skupiam się na uczeniu i na odnajdywaniu równowagi miedzy życiem prywatnym (aktualnie takowe nie istnieje) a pracą. Niestety nie bardzo mi się to udaje. Moja mama mawia, że przecież szkoła i ja to jedno, nie rzadko przychodzę do pracy wcześniej i wychodzę długo po zakończeniu lekcji kpiąc sobie z internautów, którzy na rozmaitych forach wypisują bzdury o pracy w oświacie. Od dłuższego czasu przestałam się też przejmować komentarzami rodzinki, że mogłabym wrócić na wieś, zająć się inną pracą i więcej zarabiać (np jako księgowa).  Ale ja lubię Poznań, uwielbiam zgiełk miasta i kocham dzieci. Czuję się tu dobrze i nie planuję kolejnej separacji z zawodem. Mam zamiar zostać dumną emerytką, chyba że wcześniej biurokracja i "papierologia" mnie wykończy ;)

      Co kocham w szkole? No cóż... To czysta magia i pasja :) Nie można tak zwyczajnie tego opisać, wyjaśnić i określić...  Jako dziecko zawsze kogoś czegoś uczyłam. Na nieszczęście przeważnie musiałam pomagać bratu, który do szkoły miał zawsze pod górkę. W liceum, razem z koleżankami założyłyśmy kółko matematyczne i wymieniałyśmy się dodatkowymi zadaniami.  Z punktu widzenia dzisiejszego nastolatka - jakiś absurd :) No ale czasy były inne - bardziej "romantyczne"... Na studiach organizowaliśmy w akademiku  naukowe wieczory - było jedzenie (głównie pizza), muzyka i "wkuwanie" przed egzaminami. 

      Zawsze uwielbiałam przekazywać innym to, czego sama się nauczyłam.  Uparcie szukałam odpowiedzi na wszystkie pytania wszechświata. Dziś z radością patrzę na moje dzieciaki, które w miarę upływu czasu stają się coraz bardziej samodzielne. Lubię ich ciekawość i iskrę wiedzy, która sprawia, że nic nie jest oczywiste. One pomagają mi nie zapomnieć, co znaczy być dzieckiem, jak patrzeć na otaczającą nas rzeczywistość. Dzięki nim codziennie zachwycam się małymi rzeczami, które wspólnie odkrywamy. I co tu dużo ukrywać - "Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat" (Janusz Korczak) I to dosłownie! A przynajmniej ja nie mogę się powstrzymać od śmiechu.... kiedy jestem z moimi urwisami.... 



Ja  wychowuję je, a one mnie...  Codziennie się uczę, jak być dobrą nauczycielką :) No dobra, my tu gadu gadu, a jutro moi milusińscy mnie zamęczą. Ostatnio uczę się uruchamiać pewien telewizor w pewnej sali i jak narazie 1:3 dla telewizora... :) Ale jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa! Żaden sprzęt nie pokona mojej oczywistej inteligencji... mam nadzieję ;)


 I jeszcze jedno:
 Monika Szwaja - oficjalna strona :)

Anna M.




Belfer na wakacjach :)

3 lipca 2022 r.  _______________________________________________ Postanowiłam zreanimować starego bloga czytelniczego i tchnąć w niego troch...