Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa dziecka. Pokaż wszystkie posty

"Między wariatami" Marcin Meller

Część pierwsza...
Świat bez fikcji, czyli o tym, co widać, gdy zdejmiemy różowe okulary...


Świat jest inny niż nam się wydaje... Mam dom, mam pracę, pieniądze (no dobra, ich akurat najczęściej nie mam), mam rodzinę, przyjaciół, książki. Żyję w kraju, gdzie od dawna panuje pokój. Nie wiem, co to głód, nędza i ból. Nie boję się o swoje życie, nie muszę uciekać przed nikim. Ale świat nie kończy się na moim małym podwórku, on się zaczyna zaraz za nim. 




Z przerażeniem czytam książkę Marcina Mellera. Coś tam wiem o świecie, zawsze interesowałam się rożnymi akcjami organizacji humanitarnych, wspieram dzieci na misjach, wielu spośród moich znajomych jest aktywnie zaangażowanych w niesienie pomocy w najdalszych zakątkach świata. Historia i tragedia innych nie były mi nigdy obojętne. Sama jakiś czas miałam kontakt z ocalałymi z holokaustu, a w Muzeum Auschwitz bywałam średnio dwa razy w miesiącu. Słuchałam ich opowieści, pracowałam na rzecz dialogu. Myślałam, że już nic nie jest w stanie mnie zaszokować. Myliłam się...


Wojna, dla nas Polaków, to bolesny rozdział historii, ale niestety dla wielu to dziś już tylko historia. Uczymy się o tym w szkole, albo i nie, bo godzin coraz mniej... Wojna to mgliste wspomnienie dziadków, opowieści o głodzie snute przy zastawionym stole. Ale są kraje, gdzie toczy się dziś wojna, gdzie giną ludzie, gdzie dzieci zabijają dzieci, gdzie nikt już nie wie, dlaczego... i nikt już nie ufa nawet najbliższej rodzinie, nie wiadomo bowiem, czy to przyjaciel, czy już wróg. 


Jedną z historii, którą relacjonuje Marcin Meller, jest los dzieci wojny w Ugandzie. "Wojna Ducha Świętego" to mroczny i brutalny rozdział w dziejach tego kraju. Jakieś 25 lat temu Alica Lakwena, córka wiejskiego katechety, obwołała się prorokinią Ducha Świętego i stworzyła zbrojną armię. W Ugandzie rozpoczęła się krwawa wojna domowa, oddziały Alicy były bezwzględne. Ale to nie koniec, po klęsce jej oddziałów i  ucieczce do Kenii, Armią Pana dowodził jej kuzyn, Kony. Od 1988 roku napadali na szkoły, zabijali lub uprowadzali  dzieci, chłopców wcielali do armii, dziewczyny gwałcili lub wysyłali na pierwszą linię frontu. Szacuje się, że uprowadzono 20 000 dzieci (najmłodsze miały 5 lat). Część z nich uciekła po kilku miesiącach, latach. wiele nie wróciło nigdy, szacuje się, że zginęły lub zostały sprzedane na organy , albo wcielone do armii w Sudanie. Te, które jednak wróciły, nie potrafiły żyć normalnie, były agresywne, często atakowały najbliższych. To dla tych dzieci  utworzono World Vision - ośrodek dla dzieci wojny. W latach 90-tych był w nim Marcin Meller i rozmawiał z dziećmi. Koszmarna relacja  została zamieszczona w książce.


Świat jest zupełnie inny, niż nasze cukierkowe, bezpieczne podwórko. Odszukałam w Internecie stronę World Vision... Można przerazić się ogromem zła i cierpienia zadanego dzieciom, które nie ze swojej winy stały się "automatami do zabijania" i już nie potrafią żyć bez strachu i lęku. Dzieci wojny nawet podczas pokoju nadal toczą walkę i cierpią nie za swojej winy.  Dziś przebywające w ośrodku dzieciaki na nowo uczą się żyć, uśmiechać, i choć nadal trwają walki, wierzyć w pokój... Nikt nawet nie próbuje pytać o ich przeszłość....

Czas nie leczy ran, ale daje nadzieje...


"Te, które wracały z buszu prosto do domu i szły do szkoły, nie chciały siedzieć w ławkach; czaiły się przy drzwiach, żeby móc w razie czego uciec. Albo zrywały się nagle, krzycząc "nadchodzą!". (...) Kiedy przybywają do ośrodka, nikomu nie ufają, a już zwłaszcza dorosłym. Kryją się, gdy widzą żołnierzy, nie chcą podawać własnych imion, często nie potrafią powiedzieć, skąd pochodzą. Siedzą całymi dniami nieruchomo, nie odzywając się do nikogo. Terapeutom łatwiej jest trafić do najmłodszych, starsze mają na sobie ciężką do przebicia skorupę. Wszystkie są szalenie agresywne. Kiedy przybywają do nas, mają poczucie, że są bezwartościowe, że ich życie nie ma sensu".


To tylko jedna z historii opisywanych w książce. Narazie przeczytałam pierwszą część dotyczącą relacji z frontu... Ale już to pokazuje mi, jak mało wiem...


Świat bez fikcji, inny niż ten z kolorowych gazet i komedii romantycznych, inny niż mój bezpieczny kąt, moje życie... Marcin Meller pisze o wojnie, zwykłych ludziach próbujących żyć między jednym a drugim bombardowaniem. Pisze o polityce ONZ i oddaniu zwykłych ludzi z organizacji humanitarnych. Gdy jedni uciekają z terenów ogarniętych wojną, w obozach uchodźców pozostają tylko ci, którym naprawdę zależy na potrzebujących. Pozostają też korespondenci wojenni, którzy narażają swoje życie, aby świat dowiedział się, jaka jest prawda... Zostają misjonarze, lekarze, wszyscy, którzy swoje życie oddają za życie innych. To oni są bohaterami tych opowieści:

"Mam ich wszystkich przed oczami. Takich jak Dawid, który nie wiadomo ile razy uniknął śmierci w ciągu pięciu lat w Południowym Sudanie. Amerykanie, Anglicy. Irlandczycy, Włosi, Francuzi, Skandynawowie, Holendrzy, Australijczycy.... Niektórzy przyjeżdzają z pobudek religijnych, drudzy uważają, że ich kraje wzbogaciły się na nieszczęściu Afryki i czas spłacić dług. Jeszcze inny uciekają od swojej małej stabilizacji.Wszyscy w niezwykle ciężkich warunkach ratują ludzkie życia. Włóczą się z rebeliantami, aby ci łaskawie pozwolili na przejazd ciężarówek z żywnością dla potrzebujących. Paolo, 27-latek, był porządnym yuppie, zarabiał krocie pracując jako komputerowiec w luksemburskim banku. - Któregoś dnia zrozumiałem, że nie mogę tak spieprzyć własnego życia. Forsa i zupełna pustka. Zgłosiłem się do Lekarzy Świata. Wysłali mnie do Bośni. - Teraz Paolo pracuje dla Międzynarodowej Akcji Walki z Głodem (AICF)"


Można zadać sobie pytanie: a ja? Co robię, aby na świecie zapanował pokój, aby ludzie nie musieli uciekać z własnego kraju przez wojną, albo w poszukiwaniu wody i jedzenia? Ciągle zadaję sobie takie pytania....


Anna M.

P.S. Nie skończyłam jeszcze czytać, zbyt dużo kosztuje mnie to emocjonalnie... Nie cała książka traktuje o wojnie. Marcin Meller z dużą dozą humoru opisuje również rzeczywistość współczesnej Polski. Ciekawa jestem tej lektury... Tak więc  c.d.n.



NOTKA O KSIĄŻCE
wydawnictwo: Wielka Litera
data wydania: 25 września 2013 
liczba stron: 463



eioba

Dzieci to skarb, o który trzeba się troszczyć...




Dziś, a właściwie wczoraj w nocy, nagle przypomniałam sobie moje liceum... Nie mogłam zasnąć i aż do 3.30 oglądałam stare zdjęcia i wspominałam dawne czasy. Dlaczego? Nie wiem... choć może wiem...




LICEUM 
czyli polski i historia -  mój koszmar...



Chodziłam do Liceum Ekonomicznego, ponieważ po klasie 8 nie wiedziałam dokładnie, kim chce być. Zawsze kochałam matematykę, a nie wiedziałam, czy będzie rodziców stać na studia (pochodzę z małej wsi). Wybór padł na "ekonomik". I faktycznie, czułam się w nim, jak ryba w wodzie.  Wydawało mi się, że jestem w 100% umysłem ścisłym...W liceum zatem wybrałam profil "rachunkowość i finanse" plus, ku mojej rozpaczy, rozszerzony niemiecki. I do tego moja wychowawczyni była germanistką, a dyrektor uczył nas historii - gorzej być nie mogło... Tak myślałam do czasu, gdy napisałam moją pierwsza "pracę klasową" z polskiego... Okazało się, że jestem zbyt dużą indywidualistką, jak na ramy tej szacownej uczelni i nerwy mojej pani prof. od języka polskiego. Dziwna sprawa, na polskim zawsze słyszałam komentarz, że moje prace i wypowiedzi są zwięzłe, ubogie językowo, koszmarne stylistycznie i za mało w nich oryginalności. Za to na matmie, jeszcze w podstawówce, mój ukochany nauczyciel zwykł mawiać: "Matysiak, czy ty raz mogłabyś wyliczyć zadanie najprostszą metodą zamiast szukać swojej własnej drogi! To nie polski, żeby błądzić po wyżynach myśli!"... Do dziś tego nie rozumiem... 


Ale wróćmy do opowieści.. Przez rok, tak mi się wydaje z perspektywy czasu, moja polonistka rwała włosy z głowy. Sytuację pogarszał fakt, że w naszej klasie była słynna w całej szkole Katarzyna C. - redaktorka, z tego co pamiętam, gazetki szkolnej, liderka koła polonistycznego, niepokorna, z tradycjami rodzinnymi, nadzwyczaj utalentowana polonistycznie. Jej prace za każdym razem były odczytywane publicznie jako wzór dla nas szaraczków... Gdy rozmawiałam z Kasią, zazwyczaj potrzebowałam słownika trudnych wyrazów, bo jak podkreślał nauczyciel historii - znałam tylko 500 słów... Całe 4 lata liceum, każda lekcja języka polskiego była dla mnie koszmarem i stresem... Za każdym razem miałam inne zdanie niż większość uczniów i totalnie inne niż wspominana Katarzyna C. I za każdym razem ona dostawała celujący, a ja trzy... (chyba tylko raz moja praca otrzymała 5 i raz została przeczytana).


I wtedy moja polonistka zrobiła najmądrzejszą rzecz pod słońcem. Pewnego pięknego dnia, po kolejnej mojej słynnej trójce z rozprawki zaproponowała, żebym zaczęła pisać pamiętnik... Miałam zapisywać wszystko, co mi przyjdzie do głowy i zacząć wreszcie czytać lektury. Posłuchałam jej - tzn. odnośnie pamiętnika, z lekturami było już znacznie gorzej... To była najlepsza nauczycielka polskiego, jaką spotkałam... I też miała na imię Anna :)


Zapisywałam moje myśli przez kolejne lata, coraz bardziej otwierając się na słowa, czytałam różne książki, szukałam swojego zdania i ku rozpaczy mojej polonistki, zawsze je prezentowałam podczas lekcji. Już do rangi legendy urosły moje spory o Judyma z "Ludzi bezdomnych" lub słynna odpowiedz na pytanie: "Co poeta miał na myśli"  - "nie wiem, nie powiedział mi osobiście". Jednym słowem - nie byłam łatwym uczniem :)


Ale koniec końców, na maturze otrzymałam 5 - mała "zemsta" na dyrektorze ;) Nie dałam mu satysfakcji krytykowania mnie na maturze ustnej ;), choć myślę, że pod koniec IV klasy znałam już więcej, niż jego wymyślone słynne 500 słów ... Lata walki o swoje ja (głownie z Katarzyną C.) też przyniosły efekty - dziś  nikt nie wmówi mi, że jestem gorsza od innych. Choć oczywiście na studiach burzliwie przezywałam kompleks pt.  "Basia B". Dziś wiem, kim jestem i nie muszę niczego udowadniać. Nie żyję już w cieniu, ale "buzię wystawiam do słoneczka"...


I klasa - najmilej wspominam właśnie podstawówkę, no może poza lekcjami w-f ;)



Dlaczego to piszę? Bo dopiero z perspektywy czasu dostrzegłam, że w życiu potrzeba pozytywnej motywacji. Dziecko, któremu będziemy powtarzali, że jest do niczego, że nie potrafi i nie nauczy się nigdy, rzeczywiście się nie nauczy. Potrzebujemy kogoś, kto nam pomoże stawić czoło rzeczywistości, nie możemy być sami. Niestety w dzisiejszym społeczeństwie bardzo często wyniki i oceny są najważniejsze. W świecie dorosłych ogarniętym "wyścigiem szczurów" ważne są osiągnięcia i nieustanne porównywanie do innych. Lepsza praca, droższy samochód, przystojniejszy mąż, mądrzejsze dzieci... Lista jest długa.  Dla mnie to bzdura!!! Nigdy się nie zgodzę z tym! Każdy z nas jest najwartościowszym człowiekiem na ziemi... Dlaczego muszę stawać na starcie i biec? Trzeba żyć swoimi ideałami, dla siebie, odkrywać wciąż na nowo siebie i spełniać swoje marzenia, nie innych... Otóż dziś już NIE MUSZĘ biec w "wyścigu szczurów"! A niech sobie Basia pisze książki i robi doktorat, a niech inni zajmują się plotkowaniem i śledzeniem cudzego życia. Jeśli komuś to poprawi samopoczucie, nich podpisuje się imieniem i nazwiskiem pod cudzymi osiągnięciami... Jego sprawa...


Ważne jest tylko jedno, aby dzieciom dać wsparcie, którego może sami często nie otrzymaliśmy. Gdyby mi ktoś w szkole powiedział, że nie jestem gorsza od Kasi C., nie musiałabym stracić tyle czasu na zrozumienie, że życie jest piękne, nawet jeśli znasz 500 słów... Dziś na szczęście jest już w szkole psycholog ( za moich czasów nikt nawet nie wiedział kto to) i pedagog, a kadra nauczycielka jest coraz lepsza. Ja też spotkałam w życiu wspaniałych ludzi, którzy towarzyszyli mi podczas trudnych zmagań szkolnych. W podstawówce - mój matematyk, w liceum - pani Profesor od rachunkowości, na studiach - mój dziekan, a podczas pierwszych lat  w zawodzie nauczycielki - p. Marek - szef z drugiej pracy. Każdy z nich był moim przewodnikiem na jakimś odcinku drogi, zwanej życiem.


Pewnie powiecie, że to, czego doświadcza uczeń  w szkole jest nieistotne, bo czym się może przejmować dziecko? Należy od niego wymagać i tyle.  Przecież każdy wie, że jest wartościowy, ale w życiu liczą się osiągnięcia i średnia.  Czyżby? A jednak czasem to, co mówią nauczyciele, rodzice i rówieśnicy głęboko "siedzi" w dziecku i dopada nas, gdy się tego nie spodziewamy... Przykład? Kilka dni temu byłam na "imprezie". Oczywiście poznałam wielu nowych ludzi... Kiedy zobaczyłam jedną z dziewczyn i przez chwile posłuchałam, o czym mówi, ni stąd ni zowąd, pojawiło się dziwnie znane uczucie - "nie jestem taka super jak ona". Ale nagle pojawił się wielki znak STOP - "Nie, faktycznie nie jesteś taka jak ona, bo jesteś sobą, tylko to się liczy - być zawsze sobą, słuchać siebie, lubić siebie i żyć zgodnie ze swoim wnętrzem".


Dziękuję moim mentorom, których spotkałam na drodze szkolnych potyczek nie tylko polonistycznych :)
Kochani nauczyciele, bądźcie dla dzieciaków przede wszystkim wsparciem...


Dzieci to skarb, który trzeba chronić... Trzeba uważnie słuchać i pomagać im stawiać pewne kroki ku samodzielności...


Anna M.



"Urodziłam się dziewczynką"




Autor: , , , , , , ,
Wydawnictwo:  Świat Książki
Rok wydania: 2012

Tytuł oryginału: Because I Am a Girl...
Ilość stron: 176

moja ocena: 5/6










www.plan-international.org








                                          Misje Pokojowe ONZ                Caritas Polska
Polska Akcja Humanitarna                       Unicef




eioba





Belfer na wakacjach :)

3 lipca 2022 r.  _______________________________________________ Postanowiłam zreanimować starego bloga czytelniczego i tchnąć w niego troch...